Emil Cyran

Wspomnienie wieloletniego pracownika Szpitala Psychiatrycznego w Lublińcu – pana Filipa Kaczmarczyka o Emilu Cyranie, dyrektorze Śląskiego Zakładu Psychiatrycznego.

Jako lekarz, dyrektor Cyran często, a czasem niespodziewanie wizytował oddziały, przy czym spostrzegał zwykle jakieś usterki.


Dyrektor dr Emil Cyran – wśród personelu medycznego,
stoi drugi od lewej strony,
trzeci stoi ks. Jan Szymała, który był kapelanem Zakładu

Nie lubił lenistwa, bezczynności, trzymania rąk w kieszeniach. Miał swoją terapię pracy. Zawsze nosił przy sobie tytoń i gdy widział silniejszych mężczyzn na oddziałach, namawiał ich do pracy. Zgadzających się – obdarowywał tytoniem. Dobrze pracującym chorym sam przynosił z kuchni trochę kiełbasy, albo sera. Pielęgniarz nadzorujący, musiał do pracy zabierać te same narzędzia co chory i musiał być przede wszystkim instruktorem. Przestępstwem było siedzenie pielęgniarza przy pracujących chorych. Pracujący chorzy otrzymywali każdą sobotę dodatkowo kiełbasę i tytoń, co zachęcało ich do pracy.

Jako pomysłowy i oszczędny gospodarz chcąc poprawić chorym wyżywienie rozwinął na zapleczu kuchni – hodowlę świń, którą w krótkim czasie powiększył przez dobudowanie do niej chlewni. Nie mogły się zniszczyć odpadki w obieralni kartofli, które dawniej skrobane maszyną spływały do gulika. Jego pomysłem wybudowano basen, w którym zbierało się skrobie, te zaś oddawano do pralni na krochmalenie bielizny, a wszystkie inne odpadki z kartofli służyły jako karma dla świń. Wszystkie resztki jedzenia od chorych, gromadzono w specjalnie urządzonym kotle, w którym wszystko jeszcze przegotowywano parą, by przypadkiem jakiejś choroby nie przenieść na trzodę chlewną. Nie mogły się zniszczyć także kości, gdy jego pomysłem sporządzono jakiś przestarzały młynek i mielono w je w nim na dodatek do karmy świń i nawóz do ogrodnictwa.


Pacjentki Zakładu podczas obierania ziemniaków i warzyw dla kuchni

Dyrektor zamierzał powiększyć teren ogrodnictwa poprzez użyźnienie „Sahary”, obecnie boisko szpitala, poprzez zalewanie jej terenu skierowanymi tam ściekami filtrowni. Dla oszczędzania wody pitnej urządził pobieranie wody z rzeki celem napełnienia basenów do podlewania plantacji.


Pracujący pacjenci w ogrodzie zakładowym

Uregulowano rzekę, usypano wał i nieużytecznej łąki zrobiono staw rybny z możliwością kajakowania i równocześnie urządzono w pobliżu zimochów (mały, głęboki staw do przetrzymywania ryb z zimie). To był jedyny pomysł dyrektora, z którego po paru latach trzeba było zrezygnować, gdyż woda z rzeki coraz więcej była zanieczyszczona i ryby się nie utrzymały.

Na folwarku znajdowała się przestarzała, częściowo zdewastowana gorzelnia, w których to pomieszczeniach urządzono młyn. Wszystkie zboże z gospodarstwa rolnego przerobiono na mąkę i paszę we własnym młynie.


Folwark Zakładowy

Dyrektor był zapalczywy budowniczym, zawsze pragnął by jak najwięcej personelu zamieszkało najbliżej szpitala, a mieszkań był brak. W budżecie nigdy nie przewidywano nic na budowę, więc we własnym zakresie przyszedł z pomocą – poprzez budowę cegielni polnej po zlikwidowanej po pierwszej wojnie światowej – cegielni parowej. Na byłych gliniankach zaczęto wyrabianie cegły, z której już w roku 1926 wbudowano blok na 14 rodzin i dom dla 4 lekarzy, później zaś przedszkole z 2 mieszkaniami dla urzędników. Dyrektorowi architekt nie był potrzebny. Rysunek, który zrobił na kawałku papieru lub naznaczył swoją laską, budowano pod jego okiem. Strychy w blokach męskim i żeńskim przerobiono na przyzwoite mieszkania kawalerskie.


Ogrodzenie przy ulicy Grunwaldzkiej wzdłuż Zakładu,
wykonana przez pacjentów

Nie zadowolił się cegielnią polną i postanowił wybudować cegielnię parową w Lipiu. Do wszystkich budów potrzebna była zawsze większa ilość drzewa tartacznego, które trudno było zdobyć. Dlatego we własnym zakresie wybudował tartak.


Zakładowy tartak

Dla poprawienia sobie bytu domowego polecał personelowi hodowlę drobiu i trzody chlewnej. Do mieszkań służbowych dobudowywano we własnym zakresie chlewiki. Sam dyrektor na własnym gospodarstwie hodował drób, tucznika i kozę. I można było go wczesnym rankiem spotkać karmiącego swój przychówek.

Na oddziałach robiono dużo przebudówek, które sam doglądał i służył radą. Doglądał firmy pracujące w szpitalu i nieraz proponował im swoje poglądy, a czasem zwracał się do nich po poradę.

Z jego poważnym usposobieniem potrafił być towarzyski, nigdy nie odmówił, gdy go poproszono o przybycie na zabawę personelu i nie raz pozwolił sobie na jakiś żart. Ze swego personelu był dumny i często używał słów: „To moja stara awangardia”.


dr Emil Cyran w środku z laseczką,
wśród personelu medycznego między innymi:
druga od lewej siedzi dr Kazimiera Marxen,
zaś czwarty od lewej dr Mateusz Siemionkin

Wydawałoby się skąpstwem wszystkie roboty wykonywać własnymi siłami byle nie wydawać pieniędzy na zewnątrz szpitala. Jako dobry Polak i Patriota jego poglądy odzwierciedlało powiedzonko „Praca narody wzbogaca”. Nie spodziewał się wielkiej pomocy od młodej i zniszczonej przez wojnę Polski, ale własnymi siłami pragnął wprowadzić szpital na normalne tory.

Pomimo że szpital utracił cegielnię w Lipiu nie zaprzestał swej działalności budowniczego. Zachodziła konieczność oddania tymczasowo pomieszczeń w szpitalu psychiatrycznym dla Wydziału Zdrowia – pomimo już zagęszczonych oddziałów. Zaproponował więc wybudować, z małą dotacją, budynek własnymi siłami z tym zastrzeżeniem, że budynek stanie na terenie szpitala i po wybudowaniu nowego gmachu Ośrodka Zdrowia, stary pozostanie własnością szpitala.

Na folwarku kilka traktorów stało bez zadaszenia czego nie mógł znieść. Postanowił więc wykonać przybudówkę za introligatornią i w krótkim czasie i tanim kosztem powstały garaże, schroniska dla traktorów. To jego ostatni wyczyn przed zachorowaniem.

Okupant zaraz w pierwszych dniach zlikwidował krzyż przed cmentarzem. Po przybyciu dyrektora z niewoli, postanowiono postawić nowy krzyż. Nie obeszło się bez jego obecności przy tej robocie. Przyglądając się pracy powiedział: „W takim piaseczku bym też chciał być pochowany”. Na co powiedziałem: „Do tego jeszcze mamy czas”. Przy ostatnim pobycie w szpitalu w Katowicach był bardzo rozmowny. Mówił jeszcze o różnych planach, byle tylko wyzdrowieć. Wtedy nęciła mnie myśl czy by go nie zapytać czy nie zrezygnował z postanowienia które powziął przy stawianiu krzyża, lecz nie myślałem, żeby miał umrzeć. Po wywiezieniu go po śmierci, nieraz przychodziły mi na myśl jego słowa. Nie pragnął honorów, pracował dla chorych i przy nich pragnął być pochowany.


Krzyż na cmentarzu szpitalnym, lata 80-te

Za swoje poświęcenia dla dobra szpitala zasłużył sobie na uczczenie jego pamięci poprzez nazwanie szpitala jego imieniem.

Użyto zdjęć z:
Zakład psychjatryczny w Lublińcu. Opis zakładu i sprawozdania z działalności dyrekcji od czasu przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Wydane z okazji 25-lecia zakładu. Katowice, 1929
https://zabytek.pl/pl/