Farskie Łąki i górka Liberka

Pewnie już wszyscy zapomnieli (chociaż zdjęcia są z 16 stycznia), ale w tym roku przez chwilę mieliśmy znowu prawdziwą zimę taką, jaką pamiętam jeszcze z dzieciństwa.

Postanowiłem wtedy odwiedzić miejsce, gdzie „na bank” można mnie było znaleźć, w każde zimowe popołudnie wczesnych lat 80-tych. Obecnie wygląda tu zupełnie inaczej. Wtedy nie było przedszkola, szkoły, skateparku, orlika i placu zabaw ze sztucznie usypaną górką, będącą obecnie takim „dziecięcym centrum sportów zimowych” w Lublińcu.

Od ulicy Droniowickiej tuż za „rzeczką”, jak nazywaliśmy wtedy ten lewy dopływ Lublinicy, przez „dzikie” nieużytki, pod skosem odchodziła piaszczysta droga, biegnąca w stronę dzisiejszej ulicy Stawowej (środkiem dzisiejszego boiska). Była też wąska ścieżka (tak na jeden rower), prowadząca wprost do „tamy” na Zalewie. Na lewo od niej w dolinie „rzeczki”, latem można było nakopać piasku, albo „polepić” garnki, kubki, miski i talerze z wydobytej własnymi rękoma gliny z małych, płytkich bajorek, wiecznie wypełnionych wodą, nawet podczas największych upałów.

Zdjęcie lotnicze z 1979 roku. Udostępnił Sebastian Ziółek

Pewnie dziś nikt mi nie uwierzy, ale trochę dalej, tuż przy „tamie”, równolegle do Lublinicy, znajdowało się boisko, na którym z kolei można mnie było spotkać latem. Tak w zasadzie to nie było boisko, bo to był prawdziwy stadion… Z bramkami zbitymi nojczynściyj ze ściepów drzewa przywleconych kajś z budowy, abo ze wycyganionych ze jakiyjś stolarni „kancioków”.

Za wierzbami znajdowało się boisko

Co jes richtich ważne wszysko robiyli my sami. Wtoś przyniós łopata, wtoś motek i gwoździe, a jeszcze wtoś inny pioła do drzewa i pomysł, jak to wszysko porzondnie wyrychtować… Rzodyn tyż dzisiej niy docyni tego uczucio, jak potym „bala z klankiym dupła i łod lady wleciała za kark tormanowi, abo możno we same łokno” (gdy uderzona piłka z hukiem wpadała do bramki, odbita od poprzeczki tuż za bramkarzem, albo w samo okienko).

Boisko przy tamie

Dlaczego? Bo „nasze bramki” zwykle miały tylko słupki: z tornistrów, beczek, wbitych w ziemię patyków lub czegokolwiek co było pod ręką. Obowiązywały też twarde zasady: ruby na buda, trzi rogi elwer (trzy rogi karny), dwóch kapitanów wybiyro na zmiana chopców do składu ze cołkiyj reszty, a wszyskie kwestie sporne łozstrzygoł syndzia. Znaczy się prawie:). Decydowała większość głosów, tj. nojsamprzód była tako mało haja i larmo, a potym do głosu dochodzioł honor faulującego, bądź strzelającego na bramkę: som przyznoł się uczciwie jak było, abo i nie.

Tama na Zalewie

Od Zalewu idąc w stronę miasta tuż za rzeczką po lewej, na zapleczu dzisiejszych domów stojących przy ulicy Sokoła, były górki dla najmłodszych. To, że dla najmłodszych znaczy tylko tyle, że były nieco niższe, ale nie były jakoś bardziej bezpieczne. Zjeżdżało się na bele czym, czasym na żici, wprost na bagienko nad rzeczką.

Rzeczka a za nią górki dla maluchów

Na bagienku latem można było pojeść. Rosły tam rośliny, które my nazywali „masełko” (chyba był to młody tatarak).

Tatarak

Do kompletu rosły tyż „chlebki” i jeszcze szczaw.

„Chlebki”

Były nawet dwa rodzaje masełka, a to okazywało się po wyjęciu roślinki z ziymi: w przekroju trójkontne abo barzyj łokrongłe. Jadło się sam rdzeń tej rośliny, a obydwie smakowały tak samo i były bardzo pyszne. Chlebki i szczaw tyż.

 

Szczaw na łące

Zimą na bagienku na zamarznięte kępki roślin, bez problemu można był stanąć nogą, ale tuż obok, abo jak noga sjechała, to do kostki londowało sie we marasie. Czasem z kolegami od bramek, budowaliśmy tutaj małą skocznię, której pewnie nieco później pozazdrościłby nam nawet sam Adam Małysz.

Widok na górki

Jak dzieci wyślizgały górki na lód, co nawet przy największych opadach śniegu, zajmowało zwykle raptem kilka godzin ze względu na ich liczbę, często przejeżdżało się sankami aż za rzeczkę albo… do niej, w zależności od tego, jaki był mróz.

Puki my się ruszali, durch lotajonc pod górka i nazod sjyżdżajonc na sankach abo nartach boło ciepło, a ubrania „giyntkie”. Ino co, jak my śli nazot do dom, mróz chytoł, a galoty wartko marzły. Ciynżko je było potym sebuć, bo boły śtywne i bez pół godzinym abo i dłużyj tajały we misce. Dopiyro potym zaczyło tyż we chałpie śmierdzieć bagnym, a woda w misce boła blank corno. W doma zaroz napiyli my się tyż ciepłyj herbaty, a łod świynta kakała i żodnymu nic nie boło. Czasym ino trocha my pocharlali, a po kryjomu wyciyrali śpiki, bo przecanś jutro znowu trza było iść „na fary”.

Tych domów kiedyś nie było. Były za to nasze górki:)

Trochę dalej w stronę miasta, była górka dla tych starszych – „Liberka”. Dlo powiydzmy 10-latka boła ogromno i przerażajonco. Po wyślifowaniu to boł jedyn wielki lód.

Kiedyś była bardziej stroma i bez stopni i poręczy

Nojlepsze sanki londowały we Lublinicy razym ze bajtloma. Lód na tyj górce czynsto wzbudzoł strach i przerażynie nowet wśród dorosłych co śli na skróty do roboty we Lentexie abo Energetyku. Pewno bez to rano zawsze boła cołko posypano hasiym. Ale my ino czekali na śniyg, a jak ino spod to za chwila zaś boło piynknie.

Mostek na Lublinicy był drewniany i bez poręczy

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale Farskie Łąki, to również ciekawe miejsce na mapie Lublińca z historycznego punktu widzenia. Dawniej jak sama nazwa wskazuje tereny te, były własnością kościoła. Do niego należał również młyn na grobli obecnego Zalewu.

Z górki Liberki można też było zobaczyć stojący po drugiej stronie Lublinicy wiatrak albo przyglądać się pracy przy wypalaniu cegły w pierwszej lublinieckiej cegielni, ale to już prawie 200 lat temu. Z kolei nazwa górki „Liberka” powstała od nazwiska mieszkającej w domu obok, pani Józefy Liberkowej.

Na wprost stał kiedyś dom w którym mieszkała p. Józefa Liberkowa