Pieszo wzdłuż granicy

Granica po raz drugi

Tydzień później jeszcze raz podjąłem wyzwanie, aby pieszo przejść wzdłuż dawnej granicy państwowej na trasie pomiędzy Herbami Starymi i Łebkami.

Prusko-rosyjska granica na dawnych pocztówkach

Tym razem zarezerwowałem sobie więcej czasu i żeby było ciekawie i z przygodami, postanowiłem iść bez pomocy nawigacji: na „słońce oraz intuicję”. „Zaatakowałem” od strony przejścia granicznego w Herbach, czyli od skrzyżowania ulic Lublinieckiej i Powstańców Śląskich, tuż obok dawnej gospody Zum Fürstenhöf”.

Ta druga ulica biegnie śladem bardzo starej, bo kilkusetletniej linii umownej oddzielającej Śląsk od Małopolski, a więc także państw, od których były zależne. Przez te wszystkie lata, pozostała praktycznie niezmieniona.

Tak obecnie wygląda gospoda Zum Fürstenhöf”, stojąca tuż przy przejściu granicznym po stronie Prus

Od miejscowości Podłęże Królewskie do Łebków wyznaczała ją rzeka Liswarta, a dalej Strumień Herbski. Wyjątkiem był czas wojny, kiedy w 1941 roku Niemcy przesunęli granicę do Gnaszyna i „pozyskane” w ten sposób tereny włączyli do Śląska, a więc tym samym do III Rzeszy Niemieckiej.

Ulica Powstańców Śląskich w Herbach Starych prowadzi wzdłuż dawnej granicy, wprost do lasu

Wracając jednak do tej „starej” granicy, ulica Powstańców Śląskich w Herbach prowadzi wprost do lasu i dalej do miejsca, które już dawno chciałem zobaczyć. Mowa o „Żelaznym Moście”.

W drodze do Żelaznego Mostu

W czasach granicy prusko–rosyjskiej tych budowli nie było, ponieważ w tamtym czasie nie było jeszcze torów kolejowych w tym rejonie, gdyż pojawiły się dopiero w okresie między wojennym. Tędy natomiast od niepamiętnych czasów przepływa wymieniony wcześniej Strumień Herbski, czyli trasa mojego spaceru jest prawidłowa.

Tak się prezentuje most na „pierwszym piętrze”. Widok od stacji Herby Nowe.

Miejsce to jest dosyć unikalne, bo obecnie krzyżują się tutaj dwie linie torów kolejowych, droga i strumień. W efekcie mamy tu miejsce wyjątkowe, trzy poziomowego skrzyżowania, na które składają się dwa mosty.

„Żelazny Most”. Na dwóch poziomach krzyżują się tory kolejowe, a pod nimi droga i przepływający tędy Strumień Herbski.

Po obejrzeniu tej inżynieryjnej ciekawostki, po drugiej stronie torów do wyboru kilka możliwości dalszej wędrówki. Wybrałem środkową, bo ta ścieżka w moim odczuciu najciekawiej się prezentowała i mniej więcej pasowała do kierunku.

Początkowo fajna i sucha droga, która wyglądała na dosyć uczęszczaną, po kilku kilometrach zaczęła się obniżać, a teren wokół stopniowo zamieniał się w regularne bagnisko.

Tutaj było jeszcze w porządku 🙂

Gdy w końcu dotarłem na sam środek bagna, również droga przede mną stała się nie do pokonania suchą stopą.

Postanowiłem zawrócić kawałek do widzianej wcześniej, po lewej dużej łąki i po jej pokonaniu na przełaj, poszukać lepszej drogi po drugiej stronie.

Sucha łąka okazała się taką jedynie z daleka. Dodatkowo „po drugiej stronie” zamiast drogi najpierw pojawił się niewidoczny z daleka Strumień Herbski, czyli kolejny problem. Chcąc nie chcąc musiałem tędy nielegalnie przekroczyć dawną granicę. Z pomocą przyszły mi bobry i tama, którą zbudowały, umożliwiając mi pokonanie rzeczki bez zamoczenia.

W tym samym miejscu kolejna niespodzianka. Jest słupek graniczny… Wyglądał bardzo obiecująco. Cały był porośnięty mchem, ale po częściowym oskrobaniu okazał się wg mojej oceny późniejszego pochodzenia. Niestety nie było na nim napisu MH, czyli „Mieżdunarodnaja Hranica”…

Dalsza trasa w stronę Łebków przebiegła już bez problemów. Z ciekawostek: ogromny dąb mijany w okolicy Turzy

i świeżutkie kostki soli wyłożone w kilku miejscach lasu w lizawkach. Wyglądały niezwykle apetycznie, ale nie skusiłem się 🙂

Na miejscu w Łebkach fotka tablicy „Cisy nad Liswartą” i z powrotem do Herb.

Tym razem oczywiście inna trasa. Najpierw prosto do Turzy i korzystając z okazji „odwiedziny” kapliczki postawionej tu w 1934 roku.

Tworzą ją krzyż z napisem „Bóg z nami”, otoczony drewnianym płotkiem i kamieniami, stojący pomiędzy dwoma wiekowymi dębami. Całość zrobi wrażenie chyba na każdym, bo stoi w niezwykle malowniczym miejscu.

Przez Turzę przepływa kolejny strumień o tej samej nazwie, mający źródło w okolicy w Herbach, a konkretnie przy stacji kolejowej.

Strumień Herbski w Turzy

Równoległa do niego drużka doprowadziła mnie do przysiółka Kolonia Lisowska.

Kapliczka na skrzyżowaniu w Kolonii Lisowskiej

Tutaj raptem kilka domów, ale za to jakich. Ze szkoły pamiętam mityczne „szklane domy”. Tutaj stoją jak najbardziej prawdziwe i do tego z żelaza.

Ziemia Lubliniecka słynie z pozyskiwania żelaza z rudy darniowej, ale zaledwie w kilku miejscach stoją jeszcze budowle postawione z tego materiału.

Po pokonaniu kolejnej przeszkody nomen omen torów kolejowych na samym końcu mojej wędrówki natrafiłem na pozostałości dwóch bram. Po prawej, tuż za jedną z nich poczułem na sobie wzrok jakiejś „betonowej postaci”.

 

Czy są to, może, jak się „u nos godo dźwi do lasa”? O tym miejscu w następnym tekście.