Staw Piegza – wspomnienie pani Eli
Mój tata był kolejarzem w Lublińcu. W 1955r. otrzymał mieszkanie w Kokotku, w budynku mieszczącym się tuż przy stacji stacji kolejowej linii Paczyna – Krupski Młyn – Kokotek – Lubliniec. Linię, jednotorową, obsługiwaną przez pociągi towarowe, ciągnięte przez lokomotywę parową, oddano do użytku 30 września 1952r. najprawdopodobniej w tym samym czasie, pomiędzy torowiskiem i północno-zachodnim brzegiem stawu, wybudowano jednopiętrowy, ceglany, budynek z przeznaczeniem dla 8 rodzin. Budynek ten posiadał dwie klatki. Tuż obok postawiono duży chlewik, a także ubikacje i kilkadziesiąt metrów dalej wieżę transformatorową. Zaś obok pięknej (polodowcowej) wydmy, przy torach budynek stacji kolejowej. Gdy nasza rodzina zamieszkała w Kokotku, w budynku mieszkało 8 rodzin – nasza Podzimskich, oraz państwo: Grezerowie, Synowcowie, Myrcikowie, Nieroda, Wocławowie, Bonertowie, Golenia. Były to rodziny kolejarskie, jak i nasza. Pan dyżurnym stacji był pan Bartocha, zaś pozostali ojcowie rodzin pracowali albo w na stacji lub nastawni Lublińcu (potem także w nastawni w Kokotku), a także w Krupskim Młynie czy nawet w Fosowskim.

Mieszkanie, które przyszło nam zajmować przez kolejnych 10 lat nie miało prądu ani wody. Ubikacja znajdowała się na podwórku, zaś ogrzewaliśmy nasz pokój za pomocą pieca kaflowego (w kuchni także stał piec – taki zwyczajny na których można było gotować). Po wodę chodziliśmy na podwórko do studni, wkrótce wykopano też drugą za torami. Mieszkanie oświetlaliśmy światłem z karbitówek, których magazyn mieścił się w budynku stacji kolejowej. Na początku lat 60-tych, zimą, podjeżdżał na stację wagon z agregatorem, który ustawiano na jednym z trzech torów mijanki, która na naszej stacji się mieściła i nocą załączano. Pamiętam, że pracował bardzo głośno, ale wtedy chociaż na chwilę mieliśmy w domu prąd (rankiem agregat wyłączano). Wspomniałam, że niedaleko od budynku mieszkalnego stała wieża transformatorowa. Cóż z tego, w latach 50 tych nie była podłączona do żadnej linii energetycznej.
W naszych piecach kaflowych paliliśmy przeważnie drewnem z lasu, ale też i węglem. Wstyd przyznać, ale węgiel często pozyskiwaliśmy z… wagonów, pociągów towarowych, które czasem na chwilę zatrzymywały się przy naszej stacji.
Jak mówiłam, tuż przy domu stał duży chlewik, na jego górze trzymaliśmy siano, a na dole każdy miał swoją komórkę, w której trzymaliśmy przeważnie kury, kaczki i gęsi, ale trafiały się i kozy i barany.


Pod dom podchodziły też zwierzęta leśne. Niezapomniane były jesienne wieczory, kiedy to siadaliśmy wszyscy w oknach i wsłuchiwaliśmy się w rykowisko jeleni.
Przed domem, stał także piekarniok, taki piec do wypalania chleba. Jednak nie pamiętam, żeby był używany. Za to świetnie sprawdzał się jako kosz na szkło:)
W naszym małym kokotkowym raju – bo te lata spędzone w Kokotku uważam za najpiękniejsze, wraz z całą naszą ekipą: Elą, Gabrysią, Kryśkiem, Krysią, Elą, Józkiem, Maryjką, Jurkiem, Ludką, Jankiem, Grażyną, Małgosią, Jadzią, Paulkiem, Hanią, Tereską, Hanysem, Alojzem, Hainelem, Danutą, Renatą i trzecią Elą, mieliśmy dwie duże atrakcje, Pierwszą była wydma, drugą staw. Dzisiaj nie ma ani jednej, ani drugiej.
Wydma była piękna i przypominała te morskie. Ciągnęła się od szosy, biegła za budynkiem i kończyła się kilkadziesiąt metrów dalej. W tej wydmie kopaliśmy olbrzymie dziury, które zamykaliśmy deskami i tak powstawały nasze domki do zabaw. Tuż przy wydmie rosły żurawiny, którymi się objadaliśmy. Podczas naszych zabaw przy wydmie, zdarzało się, że przejeżdżały pociągi z dzieciakami, które jechały na kolonie, gdy pociąg zwalniał w okolicach Kokotka (w latach 60-tych puszczono tutaj pociągi pasażerskie linii Lubliniec-Pyskowice), widzieliśmy przyklejone ich buzie do szyb, a wiele z nich, myśląc, że jesteśmy jakimiś biedakami, rzucało nam przez okna cukierki i ciastka:) Zabawy przy wydmie, a szczególnie przy torach mogły być niebezpieczne, ze względu na przejeżdżające pociągi, dlatego za każdym razem, gdy miał nadjechać pociąg, pan dyżurny wychodził przed budynek, wyciągał swoją małą trąbkę i dął w nią ile sił. My uciekaliśmy wtedy do domu, a mamy ze strachem w oczach patrzały, czy któreś z ich dzieci nie zostało na torowisku. Zdarzało się, że za takie zabawy na torach otrzymywaliśmy niezłą burę.
Wydma niestety w latach 60-tych zniknęła. Podstawiono wówczas na trzeci tor mijanki – wagony, do których łopatami „zapakowano całą wydmę” i wywieziono. Piasek z naszej wydmy został wykorzystany podczas elektryfikacji magistrali węglowej.
Tuż przy wydmie, jak mówiłam mieścił się budynek stacji kolejowej, w której królował dyżurny stacji. W budynku mieścił się też magazyn nafty i karbidu. Ta nafta wykorzystywana była do lamp semaforowych, które każdej nocy trzeba było zapalać ręcznie. W późniejszych latach na stacji zatrzymywały się pociągi pasażerskie (korzystały z tego głównie nasze rodziny) i stąd w budynku stacji można było kupić także bilety. Nasi ojcowie, nierzadko by dostać się do pracy, podróżowali pociągami towarowymi, te osobowe zatrzymywały się u nas bardzo rzadko. Te towarowe – wcale, ale chyba kolejarze byli ze sobą tak umówieni, że niektóre pociągi, gdy przejeżdżały przez kokotkową stację mocno zwalniały i wtedy, tata, właściwie w biegu, wskakiwał do niego.
Warto dodać, że już po tym jak się wyprowadziliśmy, w 1972r dobudowano drugi tor i zelektryfikowano szlak. Niestety rok później (1973r) zawieszono na 40 lat ruch pasażerski.
Jednak największą atrakcją dla nas – dzieci, był znajdujący się tuż przy naszym domu – staw rybny. Nigdy nie mówiliśmy na niego inaczej niż staw. O tym, że nazywany jest Piegzą, dowiedziałam się dopiero kilkadziesiąt lat później. Wiem jednak dlaczego ten staw tak nazwano:) Staw był zbiornikiem, w którym hodowano karpie. Jak uważa mój mąż – Józef Tyrol, powstał on na początku XX wieku na potrzeby hrabiego Tele-Winklera, który był w posiadaniu Nadleśnictwa Kośmidry. Później sprzedał go (wraz z Nadleśnictwem) spółce „Las” z Katowic. O czasie powstania stawu – wcześniej było tu rozlewisko i bagna, świadczą ponad stuletnie sosny zasadzone na sztucznie stworzonej grobli – mieszczącej się wzdłuż wschodniej krawędzi stawu, tam gdzie wpada do niego Wilczarnia. Od lat 40-tych zarówno nasz staw jak i staw Posmyk należały do Państwowego Gospodarstwa Rybackiego w Ciasnej. Stawowym, czyli osobą, która opiekowała się stawem, był pan Józef Piegza z Kokotka, który stawami opiekował się, jako młody chłopiec jeszcze przed wojną.
Pan Józef każdego ranka pojawiał się przy stawie (przyjeżdżał na rowerze) z flintą na ramieniu i obchodził cały staw dookoła, sprawdzając czy wały mają się dobrze, czy czasem ktoś nie łowi ryb – było to oczywiście zabronione, lub czy ktoś się nie kompie w nim – tego też nie wolno było robić. Pan Józef karmił też ryby, wypływając łódką na staw i wrzucając do niego między innymi stare sery, które magazynował w szopie, która znajdowała się tuż przy przepuście. Dla nas pan Józef, tak jak kaczki i ryby – był częścią stawu. Nie dziwota, że być może za życia – taki zwyczaj miało PGR w Ciasnej nazywało stawy imionami lub nazwiskami swoich pracowników, lub po śmierci (pan Józef odszedł w 1970r) nazwano staw Piegzą. Jak to się stało, że teraz na mapach widnieje Piegża – nie mam pojęcia.

Dla nas (i nie tylko) na szczęście pan Józef nie pilnował stawu przez cały Boży Dzień:) Dzięki temu mogliśmy się kąpać, a w późniejszych latach nawet pływać kajakiem po stawie. Oczywiście mimo zakazu – łowiliśmy też ryby🙂 Nasze małe, jałowe, piaskowe, ogródki (każda rodzina taki posiadała) sąsiadowały bezpośrednio ze stawem. Toteż nie raz i nie dwa, łowiło się z ogródka karpie. Ważnym momentem było spuszczanie wody ze stawu w celu odłowu ryb i użyźniania stawu. Wtedy także zbieraliśmy pozostałe w stawie ryby (nie mogły się przecież zmarnować), a mułem stawowym – użyźnialiśmy nasze ogródki.
Gdy odławiano ryby pojawiało się wtedy przy stawie mnóstwo pracowników, samochody ze zbiornikami z wodą, a także traktory, które „zaorywały” suchy staw. Jednak po odłowie wodę znów napuszczano do stawu i robiło się cicho i spokojnie.

Zimą, gdy wody stawu skuł lód – tworzyła się naturalna ślizgawka, z której z radością korzystaliśmy.
Gdy wyjeżdżałam z Kokotka w 1965r. wiedziałam, że będę tutaj wracać. I tak dzieje się po dzień dzisiejszy. Niestety przez te lata obserwowałam jak następuje degradacja tego pięknego miejsca. Kiedyś staw był niemal czysty od trzcin, tataraków czy pałki wodnej. Dzisiaj zajmują one jego sporą część. Gdy mieszkałam na Kokotku na stawie znajdowały się aż trzy wyspy – kilka lat temu była już tylko jedna (z pozostałych dwóch – jedna zniknęła całkowicie, a druga stała się półwyspem). Powoli staw pochłania las, pojawiają się pierwsze olchy, brzozy i sosny. Stawu już nikt nie kosi, nie użyźnia, a spuszczanie wody odbywa się chyba na dziko, bo często w najmniej odpowiednich porach (spuszczono staw wiosną w czasie lęgów ptaków). Pamiętaj jak tuż przy stawie rosły widłaki i coś niezwykłego – biały wrzos. Czy dzisiaj jeszcze pozostał po nich jakiś ślad?


Wydma została zniszczona w latach 60-ych. Peron zniknął w 1972r. Budynek nastawni i stacji kolejowej został rozebrany w 2011r. Wszystko wskazuje na to, że 2025r. może być końcem stawu Piegza. Pozostał jeszcze budynek mieszkalny – nadal zamieszkany, ale na jak długo?
Na podstawie:
Wspomnienia Elżbieta i Józef Tyrol
Józef Tyrol – „Życie nadrzeczne. Mała Panew, Liswarta, Brynica”, 2011r.
Zdjęcia:
Elżbieta i Józef Tyrol


