Simon Friedmann: Moje wspomnienia. Część druga – Lubliniec

Simon Friedmann (1849-1924)

W 1877 roku Lewy wręczył mi Hatare1Dyplom rabinacki.. Nastąpiło to w czasie gdy stanowisko rabina w Lublińcu było nieobsadzone i udało mu się uzyskać dla mnie bezpośrednią rekomendację od jednego z moich berlińskich patronów, pana Isidora Kempnera2Isidor Kempner (1830-1907), kupiec, jego siostra Helene Kempner (1832-1908) była żoną Bernharda Seltena.. Jego szwagier Bernhard Selten3Bernhard Selten (1824-1893), kupiec i finansista. był pierwszym świeckim duchownym w Lublińcu. W ten sposób zostałem zaproszony do Lublińca na próbne kazanie w czasie święta Sukkot4Święto Szałasów (Namiotów).  W 1877 roku przypadało na 3-10 października.. Wcześniej często głosiłem kazania. Na ślubie mojej kuzynki Matyldy, córki mojego wuja Eliasa Lewego w Poznaniu, prawdopodobnie wygłosiłem pierwsze kazanie ślubne. Podczas złotej rocznicy ślubu mojego wuja Seliga Lewego wygłosiłem uroczyste przemówienie do jubilatów. Regularnie głosiłem również kazania w dużych salach w Berlinie podczas ważnych świąt.

Podróż z Berlina do Lublińca nie należała wówczas do najprzyjemniejszych. Kolej nie kursowała tam tak jak obecnie, tylko do Tupowzey5Przypuszczalnie Tarnowitz – Tarnowskie Góry, które miały wówczas połączenie kolejowe z Opolem przez Zawadzkie lub Tworog – Tworóg, który leży na tej trasie. i Zawadzkiego. Stamtąd trzeba było jechać dwie, trzy godziny omnibusem6Rodzaj autobusu konnego.. Dotarłem do miasta około pierwszej w nocy z bólem kości. Ta podróż żywo przypominała mi wcześniejsze, częste podróże z mojego rodzinnego Kępna do Wrocławia. Tam musiałem jechać dwanaście godzin zatłoczonym omnibusem. Oczywiście w tych podróżach nie brakowało przyjemnych i nieprzyjemnych chwil. Ułan często zatrzymywał się po drodze aby nakarmić ludzi i konie, zwłaszcza w Sycowie i Oleśnicy, a podczas karmienia słyszałem muzykę nocnego stróża, który trąbił godziny. Czasami jednak zdarzało się, że woźnica zasypiał na swoim koźle, a powóz wpadał do rowu. Na szczęście o ile mi wiadomo nigdy nie doszło do poważnego wypadku. Kiedy powóz zatrzymał się przed hotelem przy Rynku usłyszałem głos pytający: „Czy jest pan rabinem?”. Wysiadłem i poznałem starego, cierpiącego na chorobę oczu sługę synagogi, który miał mnie oczekiwać i zaprowadzić do wyznaczonego miejsca zakwaterowania. Nie trzeba dodawać, że nie byłem zachwycony takim przyjęciem. Ale musiałem najpierw przejść się nieco aby się rozejrzeć. I muszę przyznać, że miasteczko bardzo mi się spodobało, wyglądało na dość czyste, a ludzie byli mili i przyjaźni, zwłaszcza rodzina u której mieszkałem (Rosenthal-Lomnitz), rodzina Davida Schlesingera7David Schlesinger, kupiec, sprzedawał m.in. zboże i mąkę, był właścicielem browaru w Gwoździanach., w której kamienicy jadłem posiłki oraz moi protektorzy państwo Selten.

Lubliniec przełomu XIX i XX wieku

Również moje kazanie spotkało się z powszechnym uznaniem, ponieważ już pod koniec pierwszych dni święta odbyła się wspólna sesja obu władz synagogi na której postanowiono w zasadzie o moim zatrudnieniu. Sporządzenie umowy zostało jednak odłożone na później. Korespondencja między mną a gminą była tak długotrwała, że byłem bliski całkowitego porzucenia tej sprawy. Nie należy jednak wylewać brudnej wody, dopóki nie ma się czystej.

W ten sposób ćwiczyłem się w cierpliwości, która jest niezastąpioną cechą każdego człowieka, a zwłaszcza rabina małej społeczności. Jak się zresztą dowiedziałem, opóźnienie sprawy wynikało z faktu, że również w tej małej gminie istniały dwa nurty: tak zwany konserwatywny, który mimo mojego znanego ortodoksyjnego nastawienia jako „ucznia” nie do końca mi ufał oraz liberalny. Ponadto rolę odegrały również osobiste tarcia między poszczególnymi wpływowymi osobistościami różnych frakcji. W końcu po wielu pertraktacjach wspólnota i ja uzgodniliśmy warunki. Nadeszła też zgoda rządu i w lipcu 1878 roku84 lipca 1878 roku. mogłem objąć stanowisko, które pozostawało nieobsadzone przez około cztery lata po odejściu rabina Wreschnera9Moses Wreschner (1821-1903), w latach 1849-1874 rabin w Lublińcu. s. A. Pełnił on tę funkcję przez około 25 lat po śmierci swojego poprzednika rabina Jakoba Karo10Jakob Karo (Caro) (1802-1847), pierwszy rabin w Lublińcu w latach 1827-1847, pochowany na cmentarzu żydowskim w Lublińcu., syna powszechnie szanowanego rabina Hillela Karo. Od początku do dnia dzisiejszego żałowałem błędu, który popełniłem podczas uzgadniania warunków umowy. Polegał on na tym, że nie nalegałem na uwzględnienie kwestii emerytury, co było i jest zwyczajem w przypadku wszystkich urzędników państwowych i gminnych. Młodzi ludzie nie poświęcają jednak temu zbyt wiele uwagi, zwłaszcza że nie istniała wówczas i niestety nadal nie istnieje organizacja żydowska, która zajmowałaby się tym problemem. Należy jednak zauważyć, że prawdziwie satysfakcjonująca i skuteczna posługa, nawet dla rabina, jest możliwa tylko wtedy, gdy kwestia jego przejścia na emeryturę nie pozostaje nieustannym zmartwieniem. Oczywiście młodzi ludzie są idealistami pełnymi ufności i często mają nadzieję, że przy odrobinie kompetencji uda im się w dającej się przewidzieć przyszłości zrobić karierę. Jednak nadzieja ta nie zawsze się spełnia, jeśli nie potrafi się działać praktycznie, tzn. jeśli nie potrafi się w jakiś sposób zdobyć niezbędnej „ochrony”. Wiedza, kompetencje i pracowitość nie zawsze są decydujące w życiu. Dlatego też ja nadal jestem tam, gdzie byłem 41 lat temu.

Wtedy, pod nieobecność pierwszego przewodniczącego zgromadzenia pana Bernharda Seltena, powitał mnie jego zastępca David Schlochoff11David Schlochoff, mistrz krawiecki, prowadził sklep z ubraniami i tekstyliami., a rabin dr J. Cohn12Jakob Cohn (1843-1916), w latach 1872-1916 rabin w Katowicach., którego wezwano z Katowic, oficjalnie wprowadził mnie na urząd. On, wciąż młody i zaledwie od kilku lat piastujący ten urząd, bywał w ostatnich latach często w Lublińcu, więc został również zaproszony na moją inaugurację. Dziwnym zbiegiem okoliczności jego przemówienie zawierało ten sam tekst co moje późniejsze kazanie inauguracyjne, a mianowicie zdanie z Sidra Korach13Część Tory., które zaczyna się od słów: „Ushmartem ess mischmeres”. Cohn był ode mnie starszy o jakieś pięć lub sześć lat i zdecydowanie ortodoksyjny. Ja sam nigdy nie byłem ortodoksyjny, ani konserwatywny, ani też liberalny w sensie politycznym; raczej zawsze formułowałem swoje osądy w oparciu o Torę. Dlatego nigdy w pełni i ściśle nie opowiadałem się po żadnej ze stron w mojej gminie, lecz raczej należałem do obu, starając się promować najlepsze cechy każdej z nich i w ten sposób służyć pojednaniu. Nigdy nie wahałem się wyrażać własnej opinii pomimo osobistej wrogości i sprzeciwu, jakie łatwo mogłem wzbudzić w małym miasteczku, gdzie wszystko jest tak łatwo i bezkrytycznie odbierane osobiście oraz gdzie generalnie trudno o zrozumienie dla obiektywnej dyskusji. Niestety czasami spotykałem się z tym sprzeciwem. Zwłaszcza w małych miasteczkach i społecznościach wszyscy chcą używać rabina jako narzędzia, nie chcąc być jednocześnie jego sługą.

Jakob Cohn (1843-1916)

Kiedy przyjrzałem się wspólnocie zauważyłem, że gminna łaźnia (mykwa) jest zaniedbana. Oczywiście działałem w tej sprawie, ale w małej społeczności zawsze długo trwa zanim coś uda się przeforsować i naprawić. Podczas mojej kadencji mykwa często była narażona na zaniedbanie, ponieważ nigdy nie została dostosowana do współczesnych wymagań. Pomimo moich wielokrotnych upomnień obecnie znów jest w stanie nienadającym się do użytku. Brakuje rodzin, które byłyby nią zainteresowane. Natomiast synagoga była często remontowana na moje pilne prośby.

Synagoga w Lublińcu – pierwszy budynek z lewej strony

Podczas pierwszego pogrzebu w którym miałem pełnić funkcję, a dokładniej w dniu, w którym padał ulewny deszcz, a uroczystość odbywała się na otwartym cmentarzu, odczułem niedogodności i wady wynikające z braku wygodnej sali. Natychmiast zwróciłem się do odpowiednich osób i przekonałem je do budowy domu przedpogrzebowego. Panowie Bernhard Selten i Josef Orzegow14Josef Orzegow, prowadził sklep z ubraniami i tekstyliami. odegrali w tym szczególną rolę, zbierając fundusze poprzez emisję akcji w gminie, które brały udział w loterii. Budynek był pięknie zbudowany i wszyscy byli nim zachwyceni. Szkoda że pan Selten nie mógł już dużej tu działać i w 1882 roku przeniósł się do Wrocławia, po tym jak założył tu szpital ogólny i otrzymał za to tytuł darczyńcy i mecenasa15Kommerzienrät.. W późniejszych latach zyskałem nowych przyjaciół, mianowicie pana dr Friedländera16Heinrich Friedländer, lekarz w Lublińcu w latach 1876-1903., z którego byliśmy dumni ponieważ był zdolnym i sumiennym lekarzem oraz jego następcę i bratanka dr Wongtschowskiego, który miał doskonałe wyczucie właściwej diagnozy, ale niestety wkrótce przeniósł się stąd do Katowic.

Współczesny widok dawnego domu przedpogrzebowego na cmentarzu żydowskim w Lublińcu 

To naturalne że na początku wszyscy ojcowie i matki córek byli mi życzliwi myśląc, że być może wybiorę jedną z nich na żonę. Ale dla mnie było to wykluczone, dopóki myślałem inaczej.

Późnym wieczorem w piątek w szabat, jeśli się nie mylę było to w pierwszym roku mojego małżeństwa z córką uczonego rabina dr. Oppenheima17Joachim Oppenheim (1832-1891), w latach 1868-1891 rabin w Toruniu. z Torunia, przyszedł do mnie szanowany w gminie, uważany za ortodoksyjnego mężczyzna. Poinformował mnie że w nowy rok niektórzy członkowie gminy grali w karty w lokalu publicznym. Nalegał żeby incydent ten potępić i to natychmiast, tj. rano podczas nabożeństwa szabasowego. Nie chciał on wymienić nazwisk osób których to dotyczyło, ponieważ jak to ujął, „nomina sunt odiosa”18„Imiona są nienawistne”, łacińska sentencja będąca przestrogą by nie wymieniać nazwisk.. Choć sprawa była dla mnie krępująca, od razu się na to zgodziłem. Dla ostrożności jeszcze z samego ranka skonsultowałem się z przyjacielem i patronem, a kiedy ten powiedział mi: „jeśli tak uważasz zrób to”, postanowiłem wygłosić przemówienie, mimo że musiało to całkowicie zaskoczyć gminę. Efekt był dość drastyczny, wręcz dramatyczny. Jeden z „dotkniętych” mężczyzn schował się pod siedzeniem, drugi wyszedł z synagogi, a trzeci złożył mi przerażającą wizytę w domu po wyjściu z synagogi. Próbował wtedy w swoim zdenerwowaniu podejść do mnie machając wysoko uniesionym w powietrzu krzesłem. Jednak moje opanowanie i spokój, a także zapewnienie, że wiedziałem tylko o incydencie a nie o osobach w nim zaangażowanych, zatem nie mogłem mieć do niego żadnych pretensji, pozwoliły mu opuścić moje mieszkanie w miarę uspokojonym, bez wyrządzania szkód.

Nawiasem mówiąc, nie z powodu zawiadomienia, ale ze względu na renomę w mieście i gminie osoby która zgłosiła mi incydent z kartami, a także z powodu jej wielkiego zainteresowania wiedzą żydowską i życiem żydowskim, nadałem temu panu w dniu jego siedemdziesiątych urodzin tytuł Morenu19Zwyczajowy tytuł dla osoby o głębokiej wiedzy talmudycznej.. Przyjął go z radością i wdzięcznością jako były nauczyciel oraz uczeń błogosławionego rabina Hillela Karo.

W pierwszych latach mojej działalności udało mi się również zniwelować głęboką wrogość między dwoma mężczyznami, którzy wcześniej byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni. Obaj byli związani z budową dróg i prowadzili tę działalność wspólnie. Jeden z nich kierował pracami i nadzorował je, a drugi zapewniał niezbędny kapitał. W końcu doszło między nimi do nieporozumień, w wyniku których ten zamożniejszy poczuł się poważnie pokrzywdzony. Doprowadziło to do zerwania przyjaźni i spółki oraz podjęcia decyzji o skierowaniu sprawy do sądu. To, że udało mi się wówczas interweniować i polubownie rozwiązać sprawę do dziś cieszy mnie, bo obaj zawsze byli moimi przyjaciółmi i dobroczyńcami.

Ten wielki sukces na początku mojej działalności zmotywował mnie później do nieustannej, pilnej pracy nad poprawieniem wszelkich napiętych relacji między członkami gminy. Niestety moje wysiłki nie zawsze były skuteczne. W każdym razie mam satysfakcję wiedząc, że miałem szczery zamiar działać pokojowo i wolałem znosić niesprawiedliwość niż ją popełniać. A doznałem niemałej niesprawiedliwości, zarówno prywatnie, jak i publicznie. Na przykład był kiedyś człowiek, który przez wiele lat był w pewnym sensie przywódcą i głową wspólnoty, a który zwykle podkreślał wszystkim, że nigdy nie należy kierować się egoizmami a zawsze należy być obiektywnym. Mając zawsze elokwentny język, gdy uznał to za przydatne dla własnych osobistych interesów, uciekał się jednak także do gróźb. Jako tzw. liberalny Żyd często obiecywał że przyjdzie do synagogi gdy będą wprowadzane tam różne zmiany w rytuale, ale nawet gdy te zmiany nastąpiły, wolał zostać w domu i zająć się interesami. W gruncie rzeczy nie był złym człowiekiem, ale mimo to był złośliwy, mściwy i apodyktyczny. Jako kupiec nie odnalazł się w swoim zawodzie i dlatego zazdrościł wszystkim, którzy mieli szczęście w interesach i przez to stał się zgorzkniały. Chciał zabłysnąć swoim umysłem w życiu publicznym i odegrać ważną rolę w mieście. Ale to burmistrz trzymał stery władzy i rządził większością mieszkańców. Jednak z powodu różnych sporów burmistrz nie chciał dopuścić go do rady miejskiej. Ta wrogość rzucała cień na ogólną sytuację. Niestety, mimo wielu prób nie udało mi się pogodzić obu stron. Obie były po prostu uparte. W tej sprawie mogłem zachować jedynie neutralność. Nadszedł czas wyborów nowych radnych miejskich i obie strony rozpoczęły intensywną agitację. Szczególnie oburzyła mnie wypowiedź tego mężczyzny, który za wszelką cenę chciał zostać radnym miejskim. W mojej obecności powiedział on do swojego ówczesnego najbliższego przyjaciela, z którym później ponownie zaczął się zaciekle kłócić: „Jeśli rabin nie pójdzie z nami tym razem, może spakować swoje rzeczy!”. Nie poszedłem z nimi i nie spakowałem swoich rzeczy.

Bardzo cierpiałem również z powodu braku służbowego mieszkania. Podczas gdy moi koledzy wyznający inne religie mieli w mieście swoje niezależne, samodzielne mieszkania służbowe – zarówno pastor jak i ksiądz – ja, podobnie jak wielu innych, często musiałem martwić się o mieszkanie. Przeprowadzka uprzykrza rabinowi życie na wiele tygodni i bardzo przeszkadza mu w pracy. A ja podczas mojej kadencji musiałem siedem razy zmieniać mieszkanie. Działo się tak nie z powodu lekkomyślności, czy pragnienia posiadania ładniejszego, wygodniejszego i nowocześniejszego lokum, ale z powodu nacisków właścicieli. Tak było już w przypadku mojego pierwszego mieszkania. Po trzech miesiącach zakwaterowania w żydowskiej gospodzie, gdzie zapewniono mi również wyżywienie, założyłem własne gospodarstwo domowe wraz z moją młodszą siostrą Fanny. Wiceprzewodniczący gminy zaproponował mi właśnie zwolnione mieszkanie w swoim domu, dodając: „Nigdy nie wypowiem panu umowy”. Zaufałem tej obietnicy i nie myślałem o szukaniu innego adresu. Jednak ten człowiek, nazywany potocznie „kurzym rabinem”20„Hühnerrabbiner”., ponieważ zajmował się rolnictwem i nie posiadał żadnej wiedzy, a znał co najwyżej kalendarz (Luach), po kilku latach sprzedał swój dom. Wcześniej wypowiedział mi umowę najmu. Z wielkim trudem udało mi się znaleźć inne mieszkanie. Podobne sytuacje zdarzały się często. Było nawet tak, że nie pozwolono mi wprowadzić się do mieszkania które już formalnie i pisemnie wynajęłam i musiałam rozpocząć poszukiwania nowego lokum na krótko przed datą przeprowadzki. Właścicielką mieszkania była wówczas bogata wdowa, Żydówka, która znalazła zamiast mnie innego, „lepszego” lokatora. Był to również Żyd, ale adwokat. Nie wahała się podawać wszelkich możliwych i nieprawdziwych powodów aby pozbyć się mnie jako najemcy. Jednak mimo że bardzo potrzebowałem mieszkania ustąpiłem, ponieważ była wdową, a ja nie chciałem wdawać się w spory z osobą o której wiedziałem, że lubiła się procesować. Również i ten ból minął, a ja nie pozostałem bez mieszkania.

Tymczasem mogę tylko doradzić każdemu koledze aby zadbał o to, aby przy zatrudnieniu otrzymał w miarę możliwości mieszkanie służbowe, zwłaszcza w małym mieście i gminie, w których warunki życia są na ogół skromne. Również ja wielokrotnie zwracałem uwagę gminie na konieczność zapewnienia mi mieszkania służbowego. Kiedy w 1883 roku po śmierci dr. Menschela jego domek został wystawiony na sprzedaż zasugerowałem, aby gmina go kupiła i zbudowała na jego miejscu ładny dom gminny. Mężczyzna zmarł, a dom pozostał prywatną własnością do dziś i obecnie należy nawet do osoby wyznającej inną religię. Z tego powodu, a także z innych względów, usilnie dążyłem do uzyskania lepszego stanowiska rabinackiego, które bardziej odpowiadałoby mojej żonie21Simon Friedmann w czasie pobytu w Lublińcu starał się o posadę rabina m. in. w: Rawiczu (1884), Erfurcie (1885), Olsztynie (1886), Mosbach (1886), Bytomiu (1887), Śremie (1890), Mysłowicach (1898).. Nie mogła ona pogodzić się z tak małostkowymi okolicznościami. Była delikatną osobą, pełną wdzięku, miała bystry umysł i bardzo chciała stąd wyjechać. Jednak mimo wszelkich starań nie udało mi się tego osiągnąć. Dla jednych nie byłem wystarczająco „liberalny”, dla drugich nie byłem wystarczająco „konserwatywny”. Nie umiałem udawać ani schlebiać.

Na przykład w W. gdzie kandydowałem, jak dowiedziałem się dopiero później, jeszcze przed powołaniem kandydatów próbnych wyznaczono już konkretną osobę. I rzeczywiście po spełnieniu formalnych wymogów i przesłuchaniu kilku kandydatów została ona tam rabinem. Osobom powołanym „pro forma” nie zwrócono nawet kosztów podróży, które w moim przypadku były dość wysokie. Droga stąd tam trwała 24 godziny i była tak daleka, że wtedy, a było to krótko po jesiennych świętach, wyruszyłem w podróż w futrze z powodu panującego już chłodu. Było to dość uderzające dla miejscowych Niemców z południa do tego stopnia, że ​​myśleli iż pochodzę z głębi Rosji. Później kandydowałem w innych gminach, które w różnym stopniu mi odpowiadały. W szczególności bardzo chciałem trafić do H., ale najwyraźniej zaszkodziło mi w tamtejszej „konserwatywnej” partii to, że nosiłem parasol przed ulewnym deszczem w szabasowe popołudnie, choć jest to dozwolone zgodnie z Tiferet Yisrael22Zbiór przepisów religijnych..

Musiałem więc pozostać tam gdzie byłem i nie traktowałem tego jako tragedii. Miałem tu wystarczająco dużo pracy, czasami nawet więcej niż wystarczająco, a kiedy miałem wolny czas chętnie pracowałem dla czasopism literackich23Simon Friedmann zamieszczał artykuły m.in. w: „Jüdisches Literaturblatt”, „Allgemeine Zeitung des Judentums“, „Rahmerschen Wochenschrift“, „Brüllschen Monatsblätter“, „Israelit“, „Israelitisches Familienblatt“; w tym ostatnim tytule publikowała także jego córka.. Oficjalnie działałem nie tylko w mojej gminie, ale także w gminach bez rabinów w okolicy. W szczególności często wzywano mnie do Olesna, Dobrodzienia, Koszęcina, Boronowa i Woźnik na okazjonalne nabożeństwa i uroczystości. W tamtych czasach do tych miejscowości można było dotrzeć tylko bryczką, a podróże te nie były zbyt przyjemne, zwłaszcza zimą. Zdarzało się na przykład, że wyruszałem stąd przy pięknej pogodzie, a późnym wieczorem wracając z wesela w Woźnikach nagle zaskoczyła mnie burza z zamiecią śnieżną, która zerwała mi z głowy cylinder. W tej sytuacji mogłem tylko założyć czapkę jako nakrycie głowy i w największym strachu przed przeziębieniem pokonać trzygodzinną drogę powrotną do domu. Innym razem na tej samej drodze przestraszyły mnie łobuzy bez przerwy rzucający kamieniami w powóz. Jednak te i podobne nieprzyjemne zdarzenia nigdy nie powstrzymały mnie przed podjęciem wezwania, zwłaszcza że mieszkańcy miasteczka byli bardzo przyjaźni i gościnni. Szczególnie pamiętam gościnność niestety już nieżyjącego małżeństwa Heinrich Brauer, a także pana Louisa Riesenfelda, który ze względu na swoje kompetencje w dziedzinie Bikkur Cholim24Obowiązek pomocy chorym i potrzebującym. otrzymał przydomek radcy medycznego.

W Dobrodzieniu, Oleśnie i innych miejscowościach byłem również przez wiele lat odpowiedzialny za inspekcję lekcji religii, których z wielkim zaangażowaniem nauczali panowie Lewin i Fleischhacker. Również stowarzyszenie historii i literatury żydowskiej założone w naszym mieście przez wiele lat budziło moje żywe zainteresowanie. Bardzo zaangażował się w jego działalność pan Louis Schlesinger, który zasłużył się dla miasta i gminy. Jednak z biegiem czasu okazało się, że takie stowarzyszenia nie są w stanie funkcjonować w małych gminach. Nawet jeśli od czasu do czasu zaprasza się zewnętrznych prelegentów, którzy muszą otrzymać honorarium, to i tak brakuje chęci do nauki i zainteresowania nią, bez których istnienie takich stowarzyszeń jest zawsze zagrożone. W małych gminach tylko synagoga jest miejscem gdzie naucza się i można robić to z uwagą i skupieniem. Zazwyczaj miałam też wystarczająco dużo pracy w stowarzyszeniach kobiet i dziewcząt. Pierwsze z nich rozkwitło, gdy gmina była większa, a zwłaszcza w latach gdy przewodniczącą była pani Jenny Orzegow, a ostatnie szczególnie w czasie, w których moja córka Anna, panna Thilde Roth i panna Gertruda Schlesinger przewodniczyły stowarzyszeniu. Jako doradca kobiet, a także protektor stowarzyszenia dziewcząt, często pomagałem z wielkim wysiłkiem i zaangażowaniem w realizacji różnorodnych przedsięwzięć.

Ta różnorodna działalność i aktywność podnosiła mnie na duchu i pomagała mi przezwyciężyć wiele trudności życiowych. Troska o zadowolenie i pomyślność mojej żony, która z Bożą pomocą obdarzyła mnie dobrze rosnącą córeczką, a także troska o utrzymanie mojej matki i sióstr bardzo ciążyły na mojej wrażliwej naturze. Ponadto najgłębszym pragnieniem mojej matki było to, aby najpierw wydać za mąż starszą córkę. A kiedy w mieście przez dłuższy czas przebywał młody mężczyzna z Polski, który spodobał się jej, wujowi Lewemu i oczywiście mojej siostrze, zdecydowała się go poślubić. Stało się to mimo iż nie miał jeszcze wyuczonego zawodu. Nastąpiło to wbrew mojej woli ponieważ wiedziałem, że nie mógł on już uzyskać obywatelstwa niemieckiego z powodu smutnego ruchu antysemickiego, który trwał od 1878 roku25Przypuszczalnie chodzi o nawiązanie do pogromu Żydów w Kaliszu, który miał miejsce 23 czerwca 1878 roku.. I niestety związek ten stał się zgubą dla rodziny. Wydarzyło się to w tym samym czasie gdy ogarnęła mnie głęboka żałoba. W tym samym dniu w którym w Karlowych Warach (gdzie udała się na kurację) zmarła po zaledwie siedmiu latach małżeństwa moja jeszcze tak młoda żona26Amelia Friedmann. – 15 czerwca 1887 roku, otóż tego samego dnia w wyniku nieszczęśliwej pruskiej polityki wobec Polaków nadszedł nakaz wydalenia mojego szwagra i jego rodziny z Niemiec.

Ledwie wróciłem z podróży żałobnej z Karlowych Warów gdy dowiedziałem się o tej smutnej sprawie. Natychmiast podjąłem wszelkie możliwe kroki aby cofnąć ten nakaz, ale nic nie można było zrobić przeciwko polityce Bismarcka i zasadzie „geseras hammalchus”27„rozporządzenia królewskiego” – decyzji nieodwołalnej.. Ogarnął nas głęboki smutek gdy siostra, przywiązana do swojej ojczyzny i matki, nie stworzona do życia w obcym kraju, musiała wyjechać wraz z mężem i trójką małych dzieci. Cała jej dotychczasowa radość życia była związana z ojczyzną. Pomimo wszystkich starań aby umożliwić jej znośne życie również na obczyźnie, a mianowicie pomimo mojego sukcesu w uzyskaniu naturalizacji dla jej rodziny w austriackiej części Śląska, pomimo niezliczonej pomocy osobistej i materialnej jaką otrzymała od wszystkich krewnych, do samej śmierci wiodła głęboko smutne życie.

To nieszczęście stało się przyczyną, przynajmniej emocjonalną i duchową, śmierci mojej matki, która dożyła zaledwie 65 lat. Po jej śmierci moja młodsza siostra pozostała w pewnym sensie jako przybrana córka u wuja, którym opiekowała się i troszczyła się z całych sił aż do końca jego życia. Był on człowiekiem uczonym, dobroczynnym i pobożnym. Po jego śmierci moja młodsza siostra przebywała na przemian w swoim rodzinnym mieście, u mnie lub pomagała starszej siostrze, aż zdecydowała się wyjść za mąż.

Te ciężkie lata, pełne zmartwień, smutku i żalu, mocno odbiły się na moim życiu. Często byłem bliski rozpaczy. Tylko troska o obowiązki służbowe i moją jedyną córeczkę pozwalały mi się utrzymać na nogach. Nieustanne przykre wydarzenia całkowicie mnie wyczerpały. Tylko najgłębsze modlitwy dodawały mi sił i pozwoliły przezwyciężyć wszelkie cierpienia i zło. Oczywiście kwestia ponownego małżeństwa po śmierci mojej zmarłej żony wielokrotnie zaprzątała moje myśli. Lecz biorąc pod uwagę okoliczności w jakich żyłem, po prostu nie mogłem się do tego przekonać, choć byłem blisko. Być może brakowało mi odwagi. Co więcej, kobieta którą brałem pod uwagę jako przyszłą małżonkę postawiła mi warunek, że nie mogę pozostać tutaj i mam wyjechać do większej gminy. Lecz nie byłem w stanie tego zrobić. Dlatego wolałem zostać sam z córką, wspierając rodzinę i ją póki była jeszcze nieletnia.

Po tym jak moja gmina sprawiła mi radość świętując 4 lipca 1903 roku moją 25. rocznicę posługi, ponownie doświadczyłem pierwszej, głębokiej, czystej i niczym niezmąconej radości. Stało się to gdy 2 sierpnia 1906 roku miałem zaszczyt wydać za mąż swoją córkę28Anna Friedmann poślubiła rabina Arona L. Mandla (1869-1929) z Wiednia.. Zawsze poświęcałem jej jak najwięcej uwagi i sprawiała mi ona wiele radości. Chociaż po ślubie mojej córki musiałem pozostać sam, skupiałem swoją uwagę na jej małżeństwie i udało mi się znaleźć w moim zięciu kolegę i syna o jakim zawsze marzyłem i pragnąłem. Moja córka musiała wprawdzie wyjechać do obcego kraju daleko ode mnie i często martwiłem się o dobro moich wnuków, ale z Bożą pomocą udało mi się szczęśliwie przetrwać te trudne czasy. Teraz mogę cieszyć się radością z opieki nad moimi małymi aniołkami.

Simon Friedmann z córką Anną Mandel (stoi po lewej stronie) i wnuczką, Wiedeń 1907 rok

W tym czasie wiele zmartwień sprawiała mi również moja młodsza siostra, która była tak dobra i oddana. Pobożna, gotowa do poświęceń matka, która niestety zbyt wcześnie odeszła, nie mogła zobaczyć jak jej dzieci dorastają i dojrzewają! W życiu mojej młodszej siostry dużą rolę odegrała również polityka wobec Polaków w prowincji poznańskiej. Wszystkie wysiłki krewnych, zwłaszcza naszego kuzyna, darczyńcy i mecenasa Norberta Lewego z Berlina, aby dłużej zatrzymać ją przy sobie były daremne, a ja musiałem znosić to sam, z wielkim bólem.

Dolegliwości fizyczne i samotność w jakiej się znalazłem skłoniły mnie do wystąpienia o emeryturę. Nie czułem się już na tyle silny by stale zajmować się domem, wypełniać obowiązki urzędowe i stawiać czoła wszystkim wymaganiom stawianym rabinowi w małym miasteczku, zarówno z wewnątrz, jak i spoza niego. Podjąłem niezbędne kroki negocjując pisemnie i ustnie z moimi przełożonymi aby przynajmniej zbudować fundamenty mojej dalszej egzystencji. W końcu moja gmina której przewodniczącym był wówczas pan Felix29Felix Königsberger, kupiec i właściciel firmy spedycyjnej., syn mojego dawnego przyjaciela Wilhelma Königsbergera s. A., zgodziła się i przyznała mi emeryturę w wysokości połowy mojego podstawowego wynagrodzenia. Po 36 latach pracy ta kwota wydawała mi się zbyt mała i niewystarczająca, zwłaszcza że zamierzałem przeprowadzić się do rodziny do Wiednia i tam spędzić jesień życia. Musiałem więc pozostać tutaj i oczekiwać większego uposażenia w przyszłości.

Współczesny widok grobowca rodziny Königsberger na cmentarzu żydowskim w Lublińcu

Ta trudna sytuacja materialna będzie trwała tak długo, dopóki w ramach ustawodawstwa i administracji pruskiej wobec Żydów nie powstanie organizacja należycie wspierająca małe gminy. Dopóki nie ma rozwiązań prawnych polegających na tym, że ​​kasy większych gmin częściowo pomagają kasom mniejszych gmin, rabini w ogóle nie powinni szukać zatrudnienia w małych społecznościach. W młodości rabini są oczywiście dość idealistyczni, a być może nawet zmuszeni dla dobra swojego utrzymania do pracy w małej społeczności. Robią to nawet wbrew swojej woli w nadziei, że po skromnym początku nastąpi większy postęp. Jednak niewielka społeczność współcześnie nie stanowi gruntu na którym rabin mógłby się rozwijać i robić postępy, ponieważ brakuje mu niezbędnego wsparcia. Rabina odrzuca również to, że musi najpierw o wszystko prosić i błagać, musi pozwalać zaglądać do swojej prywatności, a nawet do swojej kuchni itp. Rzadko zdarza się aby w gminie ktoś był tak wyrozumiały, tak przyjazny i życzliwy, że sam rozpoznaje co jest konieczne i wykonuje to. Są przedstawiciele gminy którzy przez cały rok nie zajmują się nim ponieważ nie chcą, aby on zajmował się nimi. Tak, konieczna jest całkowita reorganizacja gmin żydowskich. Powinna ona polegać na tym, aby małe gminy otrzymywały część środków niezbędnych do prowadzenia swojej działalności religijnej od dużych gmin, które zawsze przyjmują wielu nowych członków z małych gmin. Każdy taki nowy członek pochodzący z małej gminy powinien skutkować dodatkiem dla tej gminy w postaci rocznego podatku od osoby która ją opuściła!

Takie myśli chodziły po moje głowie gdy 2 sierpnia 1914 roku wybuchła wielka, straszliwa wojna. Nasze miasto położone w pobliżu granicy z Rosją jako pierwsze doświadczyło okropności wojny. Zawsze odczuwaliśmy pewien niepokój przed wojną z barbarzyńską Rosją, choć mieliśmy nadzieję, że tylko dotkliwa porażka Rosji przyniesie poprawę tam sytuacji, zwłaszcza naszym współwyznawcom. Właśnie w tym roku z powodu poprzedzającego go szabatu, który był właściwie dziewiątym dniem miesiąca30Według kalendarza żydowskiego., dzień 2 sierpnia był dniem żałoby upamiętniającym zniszczenie świątyni w Jerozolimie. Już w szabat 1 sierpnia rozeszła się tu plotka, że Rosjanie zamierzają w nocy przekroczyć granicę i zaatakować nasze miasto. Po przeczytaniu „Echa” w synagodze pod koniec szabatu nie kładliśmy się spać i czekaliśmy na to co miało nadejść.

Umówiłem się z przyjacielem rodziny, naczelnikiem poczty Braunem (przebywającym obecnie w Królewcu w Prusach Wschodnich), że w razie potrzeby natychmiast pojadę z nim nawet wozem konnym w wyznaczone miejsce aby uratować kasę pocztową i zabrać ze sobą różne cenne przedmioty. Podczas gdy przygotowywałem się do ucieczki, a była około 1 w nocy, mój przyjaciel poinformował mnie że czas już wyjeżdżać. Wielu mieszkańców miasta, a zwłaszcza kobiety i dzieci, wyjechało już kilka dni wcześniej, ale my czekaliśmy do ostatniej chwili mając nadzieję, że wszelkie niebezpieczeństwo wojny zostanie zażegnane. Następnie wyruszyliśmy z dużym bagażem i dobrą, dzielną eskortą. Dotarliśmy w to samo miejsce, do którego przybyłem z Berlina jakieś 37 lat wcześniej aby udać się do Lublińca na moje kazanie próbne. Wtedy nie można było tam dojechać pociągiem, ale teraz już tak. Ze względów bezpieczeństwa woleliśmy podróżować samochodem, nawet jeśli był kiepski. Ta nocna podróż była bardzo przyjemna, mimo że odbywała się w jasnym świetle księżyca. Jakież wrogie i barbarzyńskie rzeczy mogły się wydarzyć w ciągu jednej nocy i jednego dnia! Czyż miasto nie mogło stanąć w płomieniach, a wszystkie pozostawione dobra materialne ulec zniszczeniu?! Nadszedł dzień pełen niepokoju; jak się zakończy?!

Z takimi myślami dotarliśmy do Zawadzkiego dopiero około godziny 9 rano. Z niecierpliwością czekaliśmy na obiecaną informację telefoniczną z domu. Jednak w ciągu przedpołudnia nie nadeszła ani dobra, ani zła wiadomość. Nie obchodziłem też święta Tischa beAv31Dzień upamiętniający zniszczenie Świątyni Jerozolimskiej., nie ciesząc się niczym. Ponieważ jednak było mi tu zbyt niespokojnie i nie podobało mi się dalsze czekanie w tym „gnieździe”, postanowiłem w południe rozstać się z pozostałymi i kontynuować podróż tylko z kobietą, którą zabrałem ze sobą z Lublińca. Najpierw pojechaliśmy pociągiem do Opola, gdzie miałem nadzieję uzyskać więcej informacji i jeśli to możliwe wrócić stamtąd do domu. W Opolu rzeczywiście spotkałem wielu znajomych, którzy jednakże odradzali mi powrót do Lublińca. Rosjanie nie dotarli co prawda do miasta, choć przekroczyli granicę32Wojska rosyjskie zaatakowały i częściowo splądrowały Herby Pruskie położone ok. 20 km od Lublińca.. Zostali wprowadzeni w błąd fałszywą informacją, że po naszej stronie czeka wiele oddziałów i powstrzymali się od dalszego natarcia. Mimo to mieszkańcy wielu miejscowości położonych w pobliżu granicy opuścili je wraz z całym dobytkiem, a Rosjanie mogli jeszcze spróbować posunąć się dalej.

Byłem już zdecydowany uciekać do Wrocławia, ale moja towarzyszka podróży nie chciała jechać ze mną. Martwiła się o swoich rodziców którzy zostali w domu, a także tym, że w pośpiechu nie zabrała swoich rzeczy. Uległem więc i pojechaliśmy prosto do Lublińca. Jakże byłem zdziwiony i szczęśliwy, gdy po drodze w Fosowskim spotkałem ponownie moich nocnych towarzyszy podróży. Dowiedziałem się od nich, że zgodnie z informacją telefoniczną którą otrzymali z domu wrogowie wycofali się ponownie za granicę! Musieliśmy przyznać przed sobą, że zdradzieccy Kozacy, których zawsze tak się obawiano, byli w rzeczywistości dość tchórzliwi i walka z takimi oddziałami nie powinna być zbyt trudna. Początek Tischa beAv był zatem dość smutny, ale jego koniec całkiem pokrzepiający. Byliśmy teraz szczęśliwi z powrotu do domu.

Po tym początkowym szoku nastąpiła w zasadzie niekończąca się groza, ponieważ wojna zaczęła się straszliwie, trwała straszliwie i dobiegła straszliwego końca dla sprzymierzonych państw centralnych.

Wojna, która oficjalnie rozpoczęła się w święto Pokuty i Modlitwy33Buß- und Bettag, święto w kościele protestanckim. 5 sierpnia 1914 roku, trwała do 9 listopada 1918 roku, czyli przez 4,5 roku kiedy to ogłoszono ogólne zawieszenie broni. Chociaż nasze miasto przez cały ten czas uniknęło bezpośrednich działań zbrojnych, nie uniknęło jednak wielu trudnych wyzwań jakie postawiła przed nim wojna, a zwłaszcza przed społecznością żydowską i mną.

Nekrolog autorstwa prof. Samuela Kraussa, „Die Wahreit“, nr 25 z 20 czerwca 1924 r.

Rabin dr S. Friedmann błogosławionej pamięci

Zmarły 28 maja [1924 roku] w Wiedniu dr S. Friedmann był człowiekiem którego pamięć zasługuje na wspomnienie kilkoma słowami. To, że za życia nie zyskał wielkiego rozgłosu, nie powinno być wynagrodzone milczeniem po jego śmierci.

Urodził się w Kępnie (Poznańskie) 24 października 1849 roku. Otrzymał prawdziwie żydowskie wychowanie, które było powszechne w jego czasach i w tym kraju. Pobożność i wiedza o judaizmie zostały mu niejako wpojone od urodzenia. Rodzina była dumna z tego, że był bratankiem rabina Seliga Lewego, który założył pierwszą synagogę w Kępnie. Erudycja rabina miała stać się dla niego świetlanym wzorem do naśladowania. Po ukończeniu gimnazjum w Poznaniu rozpoczął naukę na Uniwersytecie Berlińskim. Jednocześnie studiował rabinat, do którego wybrał ortodoksyjne seminarium Hildesheimera zamiast jakiejkolwiek innej uczelni34Przeczą temu wspomnienia S. Friedmanna.. W Berlinie uzyskał doktorat, a w tym roku obchodziłby 50. rocznicę tego wydarzenia. Jeszcze przed jego śmiercią podjęto kroki aby uhonorować go złotym dyplomem doktorskim. Poślubił Amalię, córkę słynnego rabina Chajjima Oppenheima z Torunia, stając się w ten sposób członkiem szanowanej i rozległej rodziny rabinów. Jednak jego małżonka zmarła zaledwie siedem lat później w Karlowych Warach.

Od tego momentu jego życie przebiegało bez zakłóceń. Przez 42 lata pełnił funkcję rabina w Lublińcu, małym miasteczku na Górnym Śląsku. Dopiero powojenne zawirowania które doprowadziły do ​​aneksji tego regionu przez Polskę skłoniły go do szukania schronienia w Wiedniu. Tam mieszkała jego jedyna córka, żona rabina dr. A. L. Mandla. Tutaj żył z autorytetem patriarchy, szanowany i ceniony nie tylko przez swoich bliskich, ale także przez wszystkich którzy mieli szczęście bliżej go poznać. Wiele mądrości i wiedzy o judaizmie emanowało z jego przemówień. Autor tego artykułu również go tu spotkał, choć miał już z nim wcześniej kontakt akademicki. Wynikało to z tego, że rabin dr S. Friedmann śledził literaturę żydowską również z Lublińca i wzbogacał ją. Jego artykuły często ukazywały się w czasopismach żydowskich.

Jego autobiograficzne „Wspomnienia” które odsłaniają piękny obraz kultury, zaczęły ukazywać się w wiedeńskim czasopiśmie „Jüdische Lehrerstimme”. Nie zostały ukończone ponieważ gazeta przestała istnieć, jednak ich rękopis znajduje się w spuściźnie autora i prawdopodobnie kiedyś zostanie opublikowany. Niestety niewiele zachowało się samodzielnych pism tego utalentowanego człowieka. Nie brakowało mu pracowitości ani materiału, ale nie udało mu się znaleźć wydawcy który wydrukowałby jego dzieła. Niemniej jednak ukazała się broszura zatytułowana „Cztery mowy”, dedykowana teściowi z okazji 25. rocznicy jego urzędowania jako rabina. O wiele obszerniejsza broszura z 1895 roku zawiera przemówienia z okazji świąt. Wyróżniają się one pięknym językiem i bogactwem myśli, najwyraźniej były również przyjemnie wygłaszane i nie zawiodły słuchaczy. Broszura „Die Haftaroth”, której treść została przedstawiona w 1896 roku, może być z powodzeniem wykorzystywana w szkole a nawet w ambonie. W ten sam sposób starał się uzupełnić nieco braki w wiedzy  współczesnych poprzez swoją „Niemiecką Hagadę” z 1900 roku. Książka ta rzeczywiście sprawia że cały temat staje się zrozumiały dla szerokiej publiczności. Jego największym i najbardziej dojrzałym dziełem jest jednak praca „Przyczynek do nauki judaizmu” z 1913 roku, w której zebrano 17 rozpraw na różne tematy. Widzimy w nich w pełni przekonywujący dowód na to, że rabin dr S. Friedmann radził sobie nawet z najtrudniejszymi problemami.

Niech te skromne uwagi przyczynią się do tego, że pamięć o tym drogim i zasłużonym człowieku w naszym gronie będzie pielęgnowana. Wyrwany z ojczyzny spoczywa teraz pogrzebany w naszej ziemi. Nie chcemy i nie wolno nam zapomnieć o tym, który żył i działał dla naszej wspólnoty.

Grób Simona Friedmanna na cmentarzu żydowskim w Wiedniu. Nagrobek ufundowali dawni członkowie gminy żydowskiej w Lublińcu