Staw Piegza – wspomnienie pani Wiesławy

Do Lublińca, a konkretnie na Dziewczą Górę przyjechaliśmy w 1948r. Miałam wtedy 4 latka. Mój tata – Piotr Dębowski został skierowany do pracy w tym miejscu. Dzisiaj nie pamiętam, czy jako gajowy, jego pomocnik czy leśniczy. Wcześniej mieszkaliśmy w Borowym (okolice Wręczycy). Po jakimś czasie został przeniesiony do Kokotka i został osobą odpowiedzialną za tamtejsze stawy: Posmyk, Piegzę, a także te mniejsze kokotkowe, w których hodowano narybek.

Zamieszkaliśmy w Kokotku w tzw. Rybaczówce – dzisiaj dom ten stoi opuszczony i niszczeje.


Dawna rybaczówka, to tutaj mieszkał pan Piotr Dębowski

Gdy my w nim mieszkaliśmy zawsze był pełen gości i ludzi, którzy odwiedzali tatę. Tuż za domem mieściły się dwa małe stawiki, w których trzymano część odłowionych jesienią ryb, które tuż przed świętami zabierano do sklepów.


Małe stawiki przy Rybaczówce

Co prawda byłam mała, ale pamiętam, także z opowieści rodziców, że w rzemiosło rybackie wprawiał tatę – pan Józef Piegza. Oczywiście tata także szkolił się i wyjeżdżał na liczne kursy – rybactwo nie było jego zawodem wyuczonym, jednak pokochał je i stało się jego pasją, której starał się oddawać jak najlepiej umiał.


Pan Piotr Dębowski

Stawami zarządzało Państwowe Gospodarstwo Rybne (PGR) w Krakowie oddział w Ciasnej. PGR był największym taki  przedsiębiorstwem na Śląsku. W jego skład wchodziły nie tylko stawy na Kokotku, ale i w Ciasnej, Bogdali, Kochcicach, Zagłówku, Lisowie i Parzymiechach. Mój tata zarządzał tylko stawami w Kokotku (ich powierzchnia wynosiła ponad 170 ha, Posmyk 124 ha, Piegza – 50 ha).

Na „Nowy Staw” czy „Na Nowe”, bo początkowo tak nazywaliśmy Piegzę (dopiero później staw nazwano Piegzą, by uhonorować pana Józefa) czasem jechałam z kuzynami, czy to dla urokliwości tego miejsca, czy połowić ryby, gdy przyjeżdżali kuzyni. Tak wiem, że łowić nam nie wolno było i że zarówno tata, jak i pan Józef pilnowali, by nikt ryb nie podbierał – ale jak się jest młodym… Zresztą na tym stawie, mimo oficjalnych zakazów łowiono ryby i to za zgodą „góry”, bo jak było można odmówić ważnym oficjelom (w tym także kościelnym), którzy mieli ochotę powędkować. Pamiętam, że nawet pewnego razu tata wybrał się na staw z panem Ziętkiem.

Pan Piotr Dębowski – zarządca stawów na Posmyku i Piegzie

W obu stawach: Piegzie i Posmyku hodowano głównie karpie, jednak nie tylko. Zdarzało się, że zarybiano stawy: linami, szczupakami, a nawet pstrągami (w ramach eksperymentu), a w połowie lat 60-tych białym amurem (rybą sprowadzoną z Chin).

Rybacy podczas połowów na Posmyku

Jednym z obowiązków taty było sprawdzanie stanu stawów, toteż każdego dnia dokonywał ich obchodu, najczęściej w towarzystwie psa i często na rowerze, gdyż odległości pomiędzy stawami były znaczne. Wypływał też na stawy łódeczką, która wyposażona była w taką tyczkę (coś w rodzaju pagaja). Najczęściej pływał nią sam, zdarzało się jednak, że wypływał wraz z pracownikami.

Pan Piotr Dębowski, wraz z pracownikiem, na jednym z kokotkowych stawów rybnych (1958r)

Pamiętam, że połowy rozpoczynały się już w październiku(średnio ze stawów uzyskiwano łącznie około 150 ton ryb), potem, na przemian – w cyklu dwurocznym (wtedy dany staw napełniany był wodą dopiero wiosną) stawy były czyszczone z tataraków i trzcin (używano do tego specjalnej maszyny), a także wapnowane, tym sposobem wodę odkwaszano, a także dezynfekowano. Dzięki tym zabiegom na stawach nie było żadnych wykwitów.

Rybacy podczas połowów na Posmyku
Rybacy podczas pracy na Posmyku

W Kokotku świetnie się zaaklimatyzowaliśmy jako rodzina. Tata był szanowany i lubiany. Mimo, że w historii jego życia pojawią się smutne wątki: obóz KL Gross Rosen, udział w partyzantce, czy brutalne przesłuchania na lublinieckim UB (w budynku dawnej bursy szkolnej) – zawsze tryskał energią, był uśmiechnięty i lubił swoją pracę. Zmarł w 1992r. i jest pochowany na kokockim cmentarzu. My także pokochaliśmy te miejsce, nadal tutaj mieszkamy i z troską obserwujemy jak stawy niszczeją i zarastają.

Na podstawie:
Wspomnienia rodziny pana Piotra Dębowskiego