Karol Franczok – listy z czasów okupacji
Karol Gerard Franczok urodził się 16 października 1922r. w Lublińcu w rodzinie robotnika kolejowego Józefa i Anny z domu Soballa. Uczył się najpierw w Szkole Powszechnej w Lublińcu, potem w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Jak wynika z zachowanych świadectw – nauka nie była jego pasją. Był uczniem czwórkowym. Szczególnie polubił język niemiecki i łacinę z których otrzymywał piątki. Był też harcerzem Hufca Lubliniec – członkiem I Męskiej Drużyny Harcerskiej im. Tadeusza Kościuszki, działającej przy lublinieckim gimnazjum. W 1939r. ukończył kurs kierowników zimowisk w Istebnej. W lecie tego roku przebywał na obozie harcerskim w Węgrowcu (koło Żnina), z którego wraz przyjaciółmi harcerzami wrócił wcześniej by pomóc miastu w przygotowaniu się do zbliżającej wojny.
Jednym z jego bliskich przyjaciół, kolegów ze szkoły, a nawet z jednej klasy, był równolatek, harcerz Hufca Lubliniec (późniejszy jego komendant) – Marian Ożarowski (do którego Franczok – zwracał się Maniek). Ożarowski wraz z rodziną jeszcze we wrześniu 1939r. został wysiedlony z Lublińca do Radomska (gdzie się urodził i skąd pochodziła rodzina jego ojca – Antoniego). Nieznane są za to losy Franczoka od rozpoczęcia II wojny światowej do grudnia 1939r. wydaje się jednak, że cały czas przybywał w Lublińcu.
Przyjaciele od 1940r aż do końca 1944r. korespondowali ze sobą. Z tej korespondencji zachowały się listy, które do Mańka pisał Karol Franczok. Są one nie tylko opisem ich wzajemnych relacji i przyjaźni, nie tylko świadkiem historii (bowiem dowiadujemy się z nich co nieco o tym co działo się w Lublińcu i na Śląsku podczas okupacji), ale przede wszystkim opowiadają one o ludziach, których młode lata (w momencie wybuchu wojny obaj mieli 17 lat) przypadły na okres wojny i okupacji, o ich zmaganiu się z rolami jakie przyszło im odgrywać i rozterkami jakie nimi targały, gdy to co musieli robić było sprzeczne z ich przekonaniami i tym w co wierzyli. Nie jest to łatwa lektura, bo nic w tym czasie nie było łatwe i proste. Od wyborów, których dokonywali zależało ich życie, często także ich bliskich. W listach nie piszą wszystkiego co czują i co wiedzą – nie mogą (zdają sobie z tego sprawę), a i tak starają się co nieco „zakazanych” informacji przemycić. Wykorzystują do tego gry słowne, a nawet kodują wyrazy za pomocą często używanego przez harcerzy alfabetu Morse’a.
Nie wiem jak się historia przyjaźni Karola i Mariana kończy. Listy urywają się w grudniu 1944r. Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji o Karolu po tej dacie… Zaś Marian Ożarowski odszedł na wieczną wartę w 1998r. nie pozostawiając po sobie rozwiązania tej zagadki…
Podczas przepisywania listów i pisania komentarzy, okazało się, że wśród zdjęć w moim rodzinnym archiwum zachowały się zdjęcia z okupacji z Karolem Franczokiem i jego przyjaciółmi, do których należał także: mój dziadek Zenon Zbączyniak, wujek Szczepan Knebel, wujek Bronek Zbączyniak i babcia Fela Knebel (być może także Zygmunt Zbączyniak). To niezwykłe odkrycie bowiem, wcześniej nie wiedziałem kto na tych zdjęciach się znajduje i w jakich okolicznościach powstały. Dlatego też postanowiłem, że będę nimi uzupełniał swoje komentarze.
Rok 1940
List 1, 3 stycznia 1940 r. Lubliniec
Kochany Mańku!
Za życzenia świąteczne i kartkę dziękuje (właściwie przyszła ona dwa dni po świętach). Co do nazwy miast to wiem, że na pewno jest 1). Knurów (ulicę pisz: „früher Wolności-Strasse 16), 2) od R. prawdopodobnie Radlin I (früher Polna-Strasse 59). Spróbuj więc napisać.
Przyjechać do Was jest na razie niemożliwe, przepustki nie wydawają, a przez „zieloną” na rowerze to drugie niemożliwe (oczywiście na razie przez zimę). Jedno jest w 99% pewne, że jeżeli do Wielkanocy się nie zobaczymy, to Bóg wie kiedy i czy wogóle. Tymczasem jeżdżę cały dzień na nartach, mamy bowiem świetną zimę. U nas nic novi, tylko coraz „lepiej” (???). Załączam też nasze wspólne zdjęcie. Kończąc zasyłam serdeczne pozdrowienia i życzenia pomyślności na rok 1940 dla wszystkich, to jest dla: Twojej mamusi, Ciebie, Arka, Gizeli, Wiko (co ten smyk też porabia) i dla Twojej małej siostrzyczki.
Karlik
P.S Jak tam „idzie” granie na harmonii i w „browar”?
Listy Karola Franczoka do Mariana Ożarowskiego zaczynają się od tego styczniowego, jednak jak można zauważyć czytając go – nie jest to ich pierwsza korespondencja od rozpoczęcia wojny (niestety wcześniejsza się nie zachowała). Chłopcy spotkali się kilka tygodni wcześniej w grudniu 1939r. w Lublińcu, z tego spotkania Karol wysyła Mańkowi – zdjęcie. Na zdjęciu znajdują się także inni przyjaciele Karola o których będzie pisać w swoich listach.

Nie wiadomo czyje adresy podaje Karol na początku listu. Wiadomo za to, że pisze z okupowanego Lublińca, który został włączony w październiku 1939 r. do Regierungsbezirk Oppeln, Rejencji Opolskiej, w odróżnieniu od reszty polskiego Górnego Śląska. Wiemy też, że w Lublińcu – Franczok, mieszka w domu przy ulicy Stalmacha 27.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że nazwę Lubliniec – pisze jeszcze po polsku, kolejne będą już pisane po niemiecku, najpierw Lublinitz, potem Loben. Co do rodziny Ożarowskich, jak wcześniej wspomniałem, zostali przesiedleni do Radomska, poza ojcem Antonim, którego los wówczas był nieznany (Antoni Ożarowski – był podoficerem 74 Gpp)). Zamieszkiwali tam w kamienicy przy Placu 3 Maja 5 ( w Rynku).

Osoby które Karol w każdym liście serdecznie pozdrawia to rodzina Mariana Ożarowskiego – mama Maria, brat Arek (Arkadiusz), siostra Gizela, brat Witt – nazywany Wiko, oraz Elwira (najmłodsza siostra).
List 2, 28.02.1940 r. Lublinitz
Kochany Mańku!
Bardzo Cię przepraszam, że cały czas nie pisałem, byłem bowiem u krewnych w Opolu od 20.01. do 15.02. Potem znów byłem zajęty przy odrzucaniu śniegu u torów kolejowych i zawsze cholera zapomniałem pisać. Teraz znów mam czas. Kazia już pisała. Tak jak sobie życzysz, będę co miesiąc pisał. W Lublińcu jak zwykle jest marnie. Początkowo jeździliśmy na nartach, aż się nam zmierzło. Teraz rżniemy w karcięta, gramy na fortepianie, akordeonie, harmoniach, robimy masę zdjęć i w ogóle zbijamy czas. Mruczuś ma restaurację zamkniętą, mamy więc gdzie się obijać. Nie wiem jak długo to potrwa. Losy nasze wiszą jak na nitce. Albo pójdziemy do robót polowych (Landjahr), albo zostaniemy wysiedleni. Wyjaśnię Ci to lepiej jak będziesz w Lublińcu. Na razie się niczym nie przejmujemy, co będzie to będzie. Maniek, jak będzie można, to cholera postaraj się przyjechać do Lublińca nim się rozlecimy. Na razie serwus i moc pozdrowień ode mnie i: Fryca, Mruczusia, Kameli, Sobka oraz Lidki, Cienkiego i Pietrka.
Karlik
P.S Maniek, podziękuj pannie Mirze za tę parę słów i pozdrów ode mnie. Mam nadzieję, że ja kiedyś „Cum meliora tempora” (kiedy nastaną lepsze czasy) zobaczę.
Jak można zrozumieć z listu, przyjaciele obiecują sobie, że będą pisać do siebie co miesiąc, nie zawsze im się to uda. W 1940r. napiszą do siebie 11 krotnie. Nie zawsze były to listy – zdarzały się też krótkie informacje wysyłane za pomocą kartki pocztowej. Tak jak właśnie ta wiadomość z 28 lutego 1940 r.

Warto tutaj wspomnieć, że ów Mruczuś, którego ksywka pada w liście – to Leon Mruczek, którego ojcem był Paweł Mruczek, lubliniecki restaurator. Lokal pana Mruczka znajdował się na Rynku – tam gdzie dzisiaj jest Pasaż Handlowy „Złota Podkowa”.


I jeszcze słówko o zimie. Po pierwsze Karol wspomina, że odśnieżał tory kolejowe – zapewne pomagając ojcu, który był pracownikiem na kolei. Druga wzmianka o zimie odnosi się do śniegu i nart na których młodzi ludzie zjeżdżają, aż im się „zmierzło”. Wydaje się, że podobnie jak większość dzieciaków i młodzieży w Lublińcu – ten sport uprawiali na Farskich Łąkach, podobnie zresztą jak i mój wujek Zygmunt.

List 3, 17.03.1940 r. Walzen, Kresi Neustadt, Rossweidestr. 63 (bei Pieczyk)
Kochany Mańku!
Napisałem Ci ostatnio, że nie wiem jak długo pozostanę w Lublińcu i zgadłem. 15 marca wyjechałem na przymusowy Landjahr do Niemiec. Wyjechało z Lublińca coś około 300 chłopców i dziewcząt, między innymi: Fryc, Kamela, Lidka i inni. Pozostał z naszej paczki tylko Mruczuś. Obecnie mieszkam koło Neustadt (Prudnik) we wsi Walzen. Jestem tu sam z Kamelą. Ja pracuję u pewnej wdowy. Posiada ona 28 mórg pola, 1 konia, 4 krowy, kilka świń, jest więc co do roboty. Tym bardziej, że jest nas w domu tylko trzech, ja i gospodyni z córką. Mam tu pracować rok (?). Na razie nie można na nie narzekać, można wytrzymać. Kamela pracuje w tej samej wsi u innego gospodarza, gdzie inni koledzy nie mam pojęcia. Kończąc zasyłam serdeczne pozdrowienia dla wszystkich (i dla panny M) oraz życzę „Wesołych Świąt”.
Karlik
Karol zostaje wysłany wraz ze sporą grupą młodych ludzi z Lublińca do przymusowej pracy na wsi i zostaje skierowany do Walzen (wieś Walce) w okolicach Krapkowic, gdzie od lat organizowany jest Landjahr – czyli rok służby wiejskiej (obowiązkowy od 1934r.) dla niemieckich absolwentów szkół powszechnych obojga płci trwający 9 miesięcy. Jego celem było wychowanie miejskiej młodzieży niemieckiej w duchu nazistowskim poprzez pracę na wsi. W czasie wojny – program zapewniał odpowiednie siły do prac polowych.

W przypadku młodych ludzi ze Śląska – Landjahr miał także na celu ich germanizację.
List 4, bez daty – jednak z tekstu wynika, że napisany został najprawdopodobniej pod koniec maja 1940r. Walzen
Kochant Mańku!
Nie pisałem prędzej, bo czekałem na jakieś ważniejsze wydarzenia, no ale tych na razie nie ma. Jak dotychczas, to sprawa nasza zbyt się nie posunęła naprzód. Według tutejszych wiadomości, to naszej Kazi nie bardzo się podobno powodzi, powodzenia przeciwnika są jednak „Pyrusowe” i drogo kosztują (chyba rozumiesz, inaczej nie można). Na razie to jeszcze nic konkretnego nie można powiedzieć. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. Grunt się nie przejmować, dobrze się odżywiać itd. tak jak my, choć mamy się trochę gorzej. od 3 maja nie wolno nam nigdzie iść, ani do kościoła do innej wsi, czy miasta (wolno nam być tylko w obrębie naszych wsi) nie możemy sobie nic kupić, nie wolno jechać do domu itd. a za przestąpienie tych przeróżnych zakazów lub za próby ucieczki grożą surowe kary, nawet kary śmierci. My się tym zbytnio nie przejmujemy, to się przecież skończy, to „się wi się”, spotykamy się w niedzielę (choć nie jawnie) i tak sobie żyjemy i czekamy. Kończąc zasyłam serdeczne pozdrowienia.
Czuwaj! Karlik
P.S Piszę ołówkiem ponieważ atramentu już się nie dostanie.
W tekście pojawia się tajemnicza Kazia (będzie też pojawiać się w kolejnych). Wszystko wskazuje na to, że na potrzeby korespondencji, Karol tak nazywa Francję, która w tym czasie walczy z Niemcami i w ten sposób przekazuje informacje o działaniach na froncie, o których słyszy. Ciągle ma nadzieję, że wojna szybko się skończy i najważniejsze co teraz można zrobić to przeżyć, gdyż za niewypełnianie nakazów okupanta można trafić do obozu, lub stracić życie.
List 5, 21.07. 1940 r. Walzen
Kochany Mańku!
Ponieważ nie odpisujesz, więc na pewno list mój z przed dwóch tygodni nie doszedł do Ciebie. Muszę więc coś napisać, mniej więcej to samo co poprzednio. Otóż z naszego obecnego miejsca pobytu ni jak nie można ujść. Władze są bardzo czujne, a my jesteśmy za bardzo pod kontrolą. Musimy tu być rok, potem możemy wrócić do domu. Co z tego kiedy na drugi rok, rocznik 22 musi iść do Arbeitsdienstu (tak jest na Śląsku urządzone, a do wojska również, bez względu na ausweis, niejedni już z tego powodu znikli z Lublińca). Ale po co się przejmować do tego czasu jeszcze daleko, a „tempora mutantur”. Na razie dobrze nie jest. Nasza Kazia zrezygnowała, pozostała ta druga, może ona będzie mądrzejsza zobaczymy co będzie. Nad /- – * */* */*/* – – -/- -/ jednak nie tracę jakem harcerz i wierzę, że Ty również, jak i wszyscy inni. Nasz czas nadejdzie. Podobno masz się zgłosić do Arbeitsamtu, gdybyś miał gdzieś wyjechać, to zaraz pisz. Jesteśmy daleko od siebie, ale łączność musimy utrzymać. Dobrze byłoby nam razem (w browarka byśmy sobie też porżneli) nieraz o tym myślę, ale cóż robić kiedy los inaczej chciał. No ale nie trzeba się przejmować, tym większa będzie radość, gdy znów będziemy razem. U nas nic nowego. Ja bedę szczęśliwy jak stąd odjadę. Szefowa to taka cholera, od tego ostatniego zebrania to nawet przegląda mi korespondencję, swoją drogą taki nakaz władz też był. Tak, wszystko po staremu – Pyrus, król w starożytności odniósł zwycięstwo nad wrogiem, ale sam przy tym więcej stracił wojska jak pobity król – Kończąc zasyłam moc pozdrowień dla wszystkich, dla Ciebie, dla Mirci też, a nie bądź frajerze lebrem i do … czep się też, każdemu przecież wolno…pożartować sobie.
P.S Jak odpiszesz to pisz na taki adres Zenon Zbączyniak Walzen, Kreis Neustadt O/S Dorfstrasse 111.
Dlatego tak, że szefową pochwyciłem na przeglądaniu, na szczęście zaraz z początku, wiele nie przeczytała. Swój adres na absedrze podaję jak zwykle. No więc kończę, a pograj sobie też w browarka.
Czuwaj! Karlik
Do Karola dotarło, że na wsi będzie musiał pracować cały rok – poprzednio w to nie wierzył. Dodatkowo już wie, że po powrocie do Lublińca – znów zostanie wysłany do kolejnej przymusowej pracy, tym razem w ramach Arbeitsdienst (Reichsarbeitsdienst – czyli RAD – obowiązkowej służbie przedpoborowej, przez okres 6 miesięcy, na rzecz Werhmahtu), a potem do wojska. Ma jeszcze jednak nadzieję, że historia potoczy się inaczej i może wojna skończy się wcześniej. W liście z lipca po raz pierwszy Karol korzysta z alfabetu Morse’a – pisząc „Nadziei nie tracę…”. Po raz pierwszy zauważa też, że jego korespondencja jest przeglądana.
Dla mnie osobiście ważne jest Post Scriptum, z którego dowiedziałem się, że mój dziadek Zenon Zbączyniak, także został wysłany na te roboty i to do tej samej miejscowości co Karol Franczok.

W tekście ponownie pojawia się Kazia, a nawet dwie. Skoro wiemy, że pierwsza Kazia to Francja, list pisany jest 21 lipca 1940r. a więc po jej kapitulacji, która miała miejsce 22 czerwca 1940r. jasne się staje, że ta druga Kazia, która jak Karol ma nadzieję, będzie mądrzejsza – to Wielka Brytania i w niej pokłada nadzieje.
List 6, 25.08.1940 r. Walzen
Kochany Mańku!
Prędzej nie pisałem, bo u nas żniwa, a taki spierdolony czas, że w niedzielę trzeba pracować, gdyż przez cały tydzień pada deszcz (mimo to i tak trzeba orać itd.), a w niedzielę przeważnie jest pogoda, więc trzeba zwozić zboże. Co do szefowej, to przyjdzie czas, że jej porządnie zagram, aż jej w piety pójdzie.
A nasza Kazia, ta druga, nie ta zrezygnowana, dosyć jest morowa. Częstuje cukierkami, takimi porządnymi cukrami, że aż uciecha, a przy tym rzuca papierkami z napisem: „Czy będziecie płakać, czy śmiać się, ja przyjdę w każdą noc” i też co każdą noc przychodzi i częstuje wszędzie, że nic nie zostaje.
Poza tym znalazł się Frycek, jest w Bielsku. Uciekł z robót zaraz na początku, przed otrzymaniem tzw. Arbeitsbuchów (książeczki pracy). Do nas przyszły te książki zaraz po przybyciu na miejsce (może Ci o tym pisałem) i są w posiadaniu gospodarzy i gdyby nie one właśnie to by nas tu już nie było, Więc co do Fryca, to pisze, że pracuje we fabryce w Bielsku, powodzi mu się ani dobrze ani źle. Co do nas, to trzymamy się fest i oczekujemy końca. Ja jednak dodaję, iż czuję, że do końca nie wytrzymam. Pisz Maniek co za prace macie w tej fabryce, jak tam u Was w Radomsku, co robisz w niedzielę, czy też musisz pracować jak my. Kończę, zasyłam serdeczne pozdrowienia i moc uścisków dla Ciebie, Arka (jak tam z nogą) i tych pięciu dziewczynek przyjaciółek jeżeli Twoich to i moich. A uważaj też przy tym „coś” jeżeli jest to „periculum” (zagrożenie). Szkoda, że nie możesz napisać co to jest.
Czuwaj! Karlik.
W sierpniu Karol wysyła kolejny list. Znów ważne miejsce w nim zajmuje polityka i działania na froncie. Rozpoczęła się kolejna wielka bitwa – tym razem o Anglię. Druga Kazia na razie jakoś sobie w niej radzi, bowiem Wielka Brytania co jakiś czas dokonuje nalotów na miasta okupowanej Francji, a także niemieckie miasteczka i porty. Karol nie wie, że „cukierki” – czyli bomby, zostaną zrzucone, dzień po napisaniu listu także na Berlin.
Karola obowiązywał Arbeitsbuch, w którym znajdowały się informacje o personalne, adresowe, stan cywilny, wykształcenie zawodowe, obecne i wcześniejsze zatrudnienie oraz grupa zawodowa.

Tymczasem Marian, który mieszkał w Generalnej Guberni, otrzymał kilka miesięcy później Arbeitskarte – kartę pracy.

List 7, 15.09.1940 r. Walzen
Kochany Mańku!
Co do częstowania i co do papierków to wiem od naocznych świadków (z naszej wsi) poza tem z eteru i piśmideł. U nas na Śląsku zaś są takie papierki, że tu nie będzie rozdawać się cukierków, bo to przecież będzie kiedyś razem „do kupy” z … kapujisz ti. To wiem od robotników pochodzących z tutejszej wsi, a pracujących na Śląsku we fabrykach. Poza tym, jak to już z tego „Kurierka” wynika zaczyna się teraz rabacjo na większą skalę, coś z tego musi być, zobaczymy! Co do tego „Kuriera” to taka cholerna gazeta. W niej jest większy chaos niż w tutejszych piśmidłach. Wyolbrzymia wszystko, wychwala itd. wydaje się poza tym jakoby w Guberni było bardzo dobrze, wszystkiego dużo, w ogóle lepiej niż przedtem, czyli żyć (dla kogo?) i nie umierać! Jeżeli Cię to nie zniszczy (na flocie) i jeśli chcesz, to możesz ją dalej posyłać; jest co polskiego do czytania, czasem znajdą się jako takie artykuliki i nowelki, ogólnie coś bliskiego, polskiego, tchnącego przeszłością. W niedzielę to wszyscy rodacy zlatują się do Zenona, ja też tam idę i czytamy. Poza tym u nas nic nowego, jedynie zimno, deszcze i bez względu na to trzeba pracować na polu. Nie mogę się doczekać końca tego wszystkiego. Kasia nie pisze, raz tam pisałem, ale odpowiedź jeszcze nie nadeszła, do Frycka pisałem. Kończąc przesyłam moc pozdrowień i uścisków dla Ciebie, Arka, rodzinki no i oczywiście dla naszej piątki.
Czuwaj. Karlik
W tym i kolejnym liście pojawi się „Kurierek” – gazeta, którą Ożarowski wysłał do Franczoka z Radomska. Najprawdopodobniej był to „Kurier Kielecki” lub „Dziennik Radomski” – teksty w obu ukazywały się jednakowe.

I faktycznie w tej gadzinówce (gazecie propagandowej), co kilka dni drukowano krótkie opowiadania. W tym z 4 września 1940r. akuratnie znalazłem tekst zatytułowany „Pamiętny wrzesień”, być może to tę gazetę przesłał Marian swojemu przyjacielowi.

Taki tekst mógł faktycznie Karolowi przypominać o domu i tych wrześniowych dniach w Lublińcu, podobnie jak znajdujący się na sąsiedniej stronie pean na temat kopalni soli w Wieliczce, którą za pewne Franczok odwiedził, bo był to jeden z głównych kierunków wycieczek szkolnych w czasie II RP.

I przy okazji nie ma co się dziwić Mańkowi, kiedy nie dowierza w liście – Karolowi, gdy ten pisze mu o bombardowaniach terenów Rzeszy, bowiem w jego gazecie o niczym takim przeczytać nie można. Za to o sukcesach niemieckiej armii w powietrzu i pod wodą – już sporo…

List 8, 23.09.1940 r. Walzen
Kochany Mańku!
Zaraz na początku donoszę Ci, żebyś nie przysyłał „Kurierka”. Sprawa jest taka. W niedzielę 22 września, gdy byłem u Zenona, przyszedł tam tutejszy listonosz z jakąś „władzą” i zaczął nas opierdalać: że co sobie nie myślimy, dając sobie przysyłać polską gazetę! Tu do Niemiec, takie coś nie może przychodzić, poza tym My „Poloki” przyjechali tu po to żeby pracować, a nie czytać polskie gazety, nie mamy do tego prawa. My nie musimy wiedzieć co się na świecie dzieje, mamy pracować i „szlus” i możemy być szczęśliwi, że Niemcy są dla nas tacy dobrzy. A jeżeli tej gazety nie odmówimy, każe nas aresztować! A gdyśmy im chcieli wytłumaczyć, że „Kurier” jest przecież pod cenzurą, zaczął rzucać różne wyzwiska pod naszym adresem i naszej narodowości (wy Poloki, teraz już Polski nie ma itd) że woleliśmy zrezygnować z tej miłej pogawędki, odwróciliśmy się do niego tyłem i poszliśmy na spacer, choć nas diabli brali i ręka swędziała. Ale cóż możemy zrobić, musimy być cicho i zrezygnować z „Kuriera” z tych paru polskich słów, których czytanie sprawiało nam taką przyjemność – trudno „difficile est”! (trudno jest)
Co do tego niezrozumiałego zdania, to znaczy ono, że po całym terenie Germanii będzie Kazia (ta druga) rzucać „cukry”, tylko nie na Śląsku, bo będzie on przyłączony do /* – – /- – -/ itd. – ka-pe-wu. A o Rusku i transportach, to tu nawet ludzie mówią. Co do „wica” to jest on dobry, a nie zapomnij napisać tego Kiepurze. Poza tym, dowiedziałem się, że my ze Śląska, będziemy zwolnieni z robót prawdopodobnie po skończeniu sezonu, czyli gdzieś około grudnia (hura!!!). Liczę już teraz godziny brakujące do końca. No na razie kończę, zasyłam moc pozdrowień Tobie, dla wszystkich i dla miłych dziewczynek!
Czuwaj! Karlik
P.S Listy przysyłaj dalej na adres Zenia, bo ten idiotyczny listonosz był znów ciekawy co to znaczy „Do Karlika”. Poprzednio pomyliłem się w adresie Twoim, piszę znów jak kazałeś. Wybacz mi poza tym wogóle pismo, piszę bowiem na jakimś starożytnym krześle, gdyż te cholerne baby zredukowały umeblowanie mej ubikacji do łóżka, krzesła i 3 gwoździ na ubranie.
Jak widać Ślązakom nie wolno było czytać nawet takiej, cenzurowanej i propagandowej prasy, gdyż pisana była po polsku, a wszystko co polskie już się dla nich skończyło. Teraz została im już tylko praca dla „dobrych” Niemców.
Niestety nie udało mi się rozszyfrować zapisu Karola – dlaczego Wielka Brytania – bombardując Niemcy oszczędza Śląsk – jak widać nie różnię się w tym od Mańka:)
Za to Karlik znów przemyca informacje polityczne, tym razem pisząc o współpracy Sowiecko-Niemieckiej i zapewne o transportach kolejowych jakie szły w tym czasie z ZSRR do Rzeszy pełnych ropy naftowej, ziarna, bawełny, fosfatów, rudy żelaza, chromu i manganu.
Jako, że to ostatni list z 1940r. kiedy Karlik używa łaciny, dodam, że najprawdopodobniej zamiłowaniem do niej zarażał go nauczyciel tego przedmiotu w lublinieckiej szkole – Józef Cikowski (po wojnie uczący poza łaciną także historii w Liceum Ogólnokształcącego im. Oswalda Balzera w Zakopanem w latach 1948-1967).

List 9, 1.11.1940 r. Walzen
Kochany Mańku!
Za fotografie bardzo dziękuję. Rok Cię bratku prawie nie widziałem, mam Cię teraz przynajmniej na papierze. Takiś sobie uśmiechnięty, choćby Ci dobrze było jak za dawnych lat. A frele bracie jak cholera. Ty mi się pieronie tylko nie popsuj przypadkiem. No ale dalej. Widzisz nie pisałem dosyć długo bo u nas grande skandale, niewiele brakowało, a byłbym zmienił miejsce pobytu. Stało się, że nasz koń zachorował, powstała mu na nodze jakaś ropiejąca rana. Ni stąd, ni zowąd, ta cholerna baba zwaliła winę na mnie. Wszystkim zaraz ogłosiła, że ja jestem temu winny, larmo jak cholera, ogólnie wielka granda, forsy mi nie płaci od września. Poza tym przypadkowo podsłuchałem jak gadała z kimś, że pieniędzy nie da wcale, a jak się praca na polu skończy to mnie odda na policję. Więc ja już zaczynałem się pakować powoli i opracowywałem plan „spierdalacji” czyli zmiany adresu, ale dokładnie, powoli i ostrożnie, podczas gdy u nas żyło się w stanie wysokiego napięcia (1 000 000 Volt). Tymczasem tydzień temu jak znów podsłuchałem pewną rozmówkę (a wszystko dzięki temu, że te frajery myślą, że ja nie potrafię po niemiecku), że choćby mnie oddała, to nie wiadomo czy mi coś zrobią, o chorobie konia nie można powiedzieć żebym był winny. No i z tego powodu odłożyłem termin „przeprowadzki”, ale postanowiłem już na „pe” że jeżeli mnie nie puści po skończeniu pracy na polu, to odjadę sobie sam. A na razie tu jestem, a napięcie u nas spadło na 0 i już się nie drą tak, choć dosyć im nagębowałem począwszy od cholerów. Praca teraz jest tu gorzej jak marna. Deszcz, śnieg, mróz i inne przeszkody, a ćwikła na polu i ani skiba nie zaorana. Zresztą niech jest jak chce, najgorsze to, że trzeba w takim podłym czasie pracować na polu, w ćwikli najgorzej co może być. Gwiżdżę zresztą na wszystko, koniec bliski, tym się pocieszam. Na arenie światowej jakaś kurtyna zapadła i nic. Zaczyna się tam jakaś wojna w Grecji, co z tego będzie nie wiadomo, czy to będzie trzeci akt, czy skończy się fiaskiem, kto wie? Ja jestem tylko ciekawy (nie tylko ja, ale wszyscy) jaki będzie ostatni akt i kiedy się skończy to przedstawienie (i czy nie brakuje „żarcia” bo już go jest coraz mniej(!!)). Teraz jest za….?…. jedz i ściągaj pasa! Poza tym na cały Śląsk i do Lublińca, i tu do naszej wsi, przychodzą transporty „wycieczkowiczów” ze „stolicy”.
/* * -/- * – */* */*/- * -/* -/* – – -/* -/ pisakrew! Dlaczego? No ale na razie koniec. Nasze zdjęcia przeze mnie nie zrobione bo nie ma materiału! W każdym razie Ci przyślą, jak będą. Zasyłam moc uścisków i pozdrowienia dla Ciebie, Arka, rodziny i dla tych naszych przyjaciółek! Pozdrów też Maniek ode mnie Twojego Ojca, pracujemy przecież na tym samym terenie!
Czuwaj! Karlik
Trzeba przyznać, że Karol jest świetnie obeznany z tym co dzieje się na arenie międzynarodowej. List wysłany do Mańka datowany jest na 1 listopada i wspomina w nim o tym, że rozpoczęła się wojna w Grecji. Włosi zaatakowali Grecję – trzy dni wcześniej, 28 października. Jak widać takie informacje nawet na głębokiej wsi – szybko się rozchodziły.
Co do narzekania na pracę w polu przez Karola, nie ma się co temu dziwić. Karlik – to jednak chłopak miastowy i mimo, że jak pamiętamy – pomagał ojcu w pracy na kolei, to jednak czym innym jest codzienna praca w polu, a czy innym okazjonalna praca w mieście.

Może także warto w tym miejscu wspomnieć o tym jak szybko dochodziły listy pisane przez tych młodych ludzi, a wiemy to dzięki temu, że Maniek – często zapisywał datę kiedy otrzymał list od Karlika. Taki list z Walzen do Radomska najczęściej szedł on 3 dni (czasem Marian Ożarowski otrzymywał go po 2 dniach od wysłania przez Karola).
List 10, 24.XI.1940
Kochany Mańku!
Ponieważ fotografie nadeszły, więc przesyłam Ci, ale niestety tylko jedną. Mógłbym Ci przesłać więcej, ale co za pech, pierwszy film się spierdolił (musiał ktoś otworzyć aparat), a z drugiego mam tylko jedną fotografię, także zdjęcia kolegów i grupy z Lublińca były w pierwszym filmie, szkoda że się popsuł. Na tym zdjęciu zbyt wyraźnie mnie nie widać, gdyż chodziło o zdjęcia tych łabędzi i stawku. Ale to nic, w Lublińcu będziemy robić więcej zdjęć, to Ci znów prześlę. Twoich mam 2 sztuki i z frelkami i jak siedzisz na ławce. U nas nic nowego. Prawdopodobnie będę tu jeszcze do 10 grudnia, najdłużej do 15. Pertraktacje z szefową zakończyły się, na razie z wynikiem dobrym. Zresztą nie przejmuję się, kichać na wszystko, niech stracę, jak to powiedziałeś! Twój list Maniek dodał mi znów sił, pierdole na wszystko teraz, koniec wnet. Dobrze jest mieć przyjaciela, który rozumie. Przyjaźń to wielka rzecz, masz rację. Gdybyśmy tak byli razem, to bracie diabli by nam pieronie nic nie zrobili! Kiedyż to my się znów spotkamy, tyle, tyle by było do gadania, tak bym Cię chciał widzieć żywego. No, a na razie mam Cię na papierze. A znaczek jeśli możesz to przyślij, bo tej szczęśliwej chwili doręczenia tak prędko się może nie doczekamy. Do diabła z tą wojną. Jeszcze się jakoś rozstrzygnięcie nie zbliża, przez zimę nic nie będzie a nasi Romani nie bardzo się w Helladzie sprawują, ostatnio czytałem, że musieli się cofnąć z linii zdobytej (!?). Na ale na razie koniec. Pozdrów wszystkich, rozumie się także i nasze frele.
Czuwaj. Karlik
Zdjęcia jakie z okresu wojny pozostały po moim dziadku i wujkach najczęściej pokazują ich na tle parku, drzew czy pola. Często w otoczeniu dziewcząt (frelek – ja pisze Karlik). Mimo wojny, jej okropieństw i niepewności – na zdjęciach są uśmiechnięci. Może to jedyne ich chwile, kiedy się tak czują.

Przez wszystkie listy Karola z 1940r. przewija się jak motto myśl by… kichać na wszystko, nie przejmować się i czekać na lepsze jutro, bo przecież kiedyś nadejdzie. Na froncie grecka kontrofensywa spychająca Romanów, czyli Włochów do Albanii skąd przed kilkoma tygodniami nastąpił włoski atak.
List 11, 22.12.1940 r. Lublinitz
Kochany Mańku!
Otóż obecnie znajduję się już w Lublińcu. Pertraktacje z gospodynią zakończyły się wynikiem dobrym i udało mi się 8 grudnia opuścić to cholerne miejsce. I cóż dalej? Ledwo przyjechałem do domu, zaczęło się łażenie po rożnych urzędach, tu zameldować się, tam itd. Potem otrzymałem rozkaz stawienia się do poboru. Otrzymałem kategorię A i przydzielono mnie do piechoty. Prawdopodobnie koło kwietnia będę musiał iść do Arbeitsdienstu na pół roku, a następnie bezpośrednio do wojska. Tyle mi na razie oznajmiono. Poza tym musiałem się zgłosić oczywiście na Arbeitsamt. Tu okazało się, że w Lublińcu pracy dla nas nie ma, a że „obijać” oczywiście teraz nie wolno, więc chcą nas wysłać do Görlitz, do fabryki wagonów (niedaleko Dresden). Na razie się tam nie pcham i szukam innej pracy. W Lublińcu nic nowego, poza tym, że fest zamykają np.: byłego sierżanta Komorniczaka, Celę Pilarską (b.drużynową harcerek głuch,), Mańkę (harcerza), Pawła Jędrysika (harcerza), Henryka Malcherka i jeszcze paru innych. Zamknęli ich teraz, w tym tygodniu. Za co? Niewiadomo. Gawron pracuje w Kaletach, zarabia 70 marek miesięcznie, nie narzeka zresztą, rad, że przynajmniej zarabia na chleb. Poza tym na razie mam urlop, poszukuję jakiejś pracy, mam jeszcze 2 tygodnie czasu, gdyż 3 stycznia mamy niby jechać do Görlitz, Wkrótce Ci znów napiszę, może już i nie z Lublińca. Na razie kończę, życząc Tobie, rodzinie i przyjaciółkom Wesołych Świąt.
Karlik
Ostatni list z 1940r. wysłany jest już z Lublińca. Jest on niezwykły z kilku powodów. Przede wszystkim opisuje aresztowania jakie miały miejsce 18 grudnia 1940r. Wówczas do więzienia trafili harcerze, którzy tworzyli w Lublińcu konspiracyjną organizację Orła Białego. Aresztowano wówczas 46 członków ruchu oporu z Lublińca i okolic. Jak można zauważyć w liście – Karlik, podaje kilka nazwisk, w tym jednego z inspiratorów tego ruchu Konrada Mańkę – harcerza, drużynowego. Jednak wydaje się, że nie zna go zbyt dobrze, tylko przy nim nie pisze imienia.

Wspomina też o Gawronie – który pracuje w Kaletach. Ów Gawron to nauczyciel i instruktor harcerski. Stanisława Gawrona – Franczok dobrze pamięta, bowiem to on był komendantem obozu w Węgrowcu w 1939r., w którym brał udział także Karol.

Jedną z zagadek, które nie udało mi się rozwiązać, czytając listy Karol Franczoka z 1940r. Jedną z nich jest tajemniczy „browarek” o którym Karlik wspomina wiele razy. Wydaje się, że chodzi o grę karcianą – bowiem to w karty się „rżnęło”. Jednak nie znalazłem gry o takiej nazwie. Myślę, że chodziło o skata, w którego często grano przy browarku – czyli piwie. Na pewno skat był popularny na Śląsku, a także w mojej rodzinie i zarówno dziadek Zenek jak i jego ojciec często w niego grali. Zachowało się też zdjęcie na którym, w karty gra – w czasie okupacji – wujek Zygmunt – i niech ono posłuży jako ilustracja tej nierozwikłanej zagadki.



